Jerry Krause przez lata pracy budował wokół siebie narrację człowieka, który wie o koszykarzach więcej niż inni. Skryty, podejrzliwy i obsesyjnie oddany pracy, traktował skauting jak tajną operację, a siebie niczym samotnego detektywa. W Chicago był wyśmiewany jako maniak sportu, który oprócz koszykówki nie miał w życiu żadnej innej pasji. Kiedy jednak otrzymał drugą szansę od Jerry’ego Reinsdorfa to wykorzystał ją w stu procentach i sprowadził do Byków zawodników, którzy pomogli Michaelowi Jordanowi w zdobyciu mistrzowskich pierścieni. Byli nimi Scottie Pippen i Horace Grant, o czym wspomniał Johnny Smith w książce „Jumpman. Jak Michael Jordan stał się globalną ikoną”.


„Jumpman. Jak Michael Jordan stał się globalną ikoną” – https://bit.ly/probasket-jumpman 

Fragment książki:

Podobnie jak wielu innych skautów menedżer Bulls uważał, że jego oko do wypatrywania sportowych talentów to dar, a nie coś, czego można się nauczyć. „Dostałem go od Boga”, wyjaśniał.

Zbudował wokół siebie aurę człowieka, który potrafi lepiej od innych wyczuwać wybitne zdolności u sportowców. Przez niemal ćwierć wieku, nim w 1985 roku Reinsdorf zatrudnił go jako generalnego menedżera drużyny, Krause wypatrywał utalentowanych koszykarzy i baseballistów. Lubił chwalić się tym, że jest jedynym skautem w historii, który pracował na dyrektorskim stanowisku zarówno w NBA, jak i w Major League Baseball. Oceniał baseballowe talenty dla Cleveland Indians, Oakland Athletics, Seattle Mariners i Chicago White Sox, w NBA współpracował zaś z Baltimore Bullets, Phoenix Suns, Los Angeles Lakers i oczywiście z Chicago Bulls.

Krause uczył się fachu u weteranów, którzy przekazywali mu tajniki swojej pracy. „Lubił słuchać opowieści – pisał w magazynie „Chicago” Mark Vancil. – O tym, jak to jeden skaut pokonał drugiego, bo wślizgnął się gdzieś tylnym wejściem. O tym, jak inny potarł oczy cebulą przed wejściem do domu utalentowanego gracza, żeby rodzice tego dzieciaka myśleli, że płacze ze szczęścia na samą myśl o podpisaniu umowy z ich synem”. Z perspektywy Krause’a „to nie były brudne sztuczki fałszerzy, a genialne pociągnięcia pędzlem artystów tworzących iluzje farbą na płótnie”. 

Traktował skauting niczym tajną operację. Gdy w 1969 roku generalny menedżer Bulls Pat Williams zatrudnił go jako głównego skauta, szybko zdał sobie sprawę, że ma w klubie detektywa – to przezwisko przylgnęło do Krause’a na resztę jego kariery. „Typowy detektyw – mówił Williams. – Skradający się, podejrzliwy, tajemniczy, mówiący cicho i szybko, knujący, planujący, skrywający się za krzakami, noszący przebranie”. Żył na walizkach „niczym stalker śledzący gwiazdkę”, jak pisał Rick Telander. 

Krause pakował do bagażu okulary przeciwsłoneczne, prochowiec i kapelusz z szerokim rondem, pod którym mógł ukryć twarz – miał nadzieję, że dzięki temu, gdy skryje się gdzieś w cieniu, nikt go nie rozpozna. Miał wręcz paranoję, usiłował stać się niewidoczny, gdy zajmował miejsce na trybunach. Podróżował sam, nie zależało mu na nawiązywaniu przyjaźni ze skautami innych drużyn. To zdecydowanie nie był jeden z tych gości, którzy po meczu stawiają wszystkim kolejkę i lubią się wymieniać ciekawymi historiami. „Jestem samotnikiem – powiedział kiedyś. – Przez te wszystkie lata w drodze byłem sam ze sobą i nie zdobyłem zbyt wielu przyjaciół. Miałem swoją robotę do wykonania”.

Na ścianie w biurze Krause’a można było dostrzec niepodpisany cytat, który idealnie oddawał jego nastawienie do pracy: „SŁYSZ WSZYSTKO, WIDŹ WSZYSTKO, NIE MÓW NIC”. Gdy Johnny Bach, zapalony czytelnik książek historycznych, po raz pierwszy dostrzegł ten napis, nie mógł uwierzyć, że Krause chwali się maksymą nazistowskiego szpiega, admirała Wilhelma Canarisa. „Jerry – zwrócił się do niego – to bardzo dziwny wybór jak na kogoś, kto jest Żydem”. Bach był przekonany, że menedżer Bulls nie miał pojęcia, kim był Canaris – szef hitlerowskiego wywiadu w trakcie II wojny światowej. Krause jednak wiedział doskonale. Gdy Rick Telander spytał go o ten cytat, wyjaśnił: „Wśród szefów klubu mamy także Żydów i… – zawiesił głos. – Ludzie mówili, że jeśli Canaris byłby Amerykaninem, nigdy nie doszłoby do II wojny światowej. Wiedziałby o wszystkim, co ma się wydarzyć, z odpowiednim wyprzedzeniem”.

Krause – wnuk imigrantów, rosyjskich Żydów – często opowiadał reporterom, że jako dzieciak zmagał się w Chicago z antysemityzmem. Jego ojciec, Paul Karbofsky, zamerykanizował nazwisko na Krause, gdy rozpoczął karierę amatorskiego boksera. Żydowscy pięściarze często się na to decydowali, by się zasymilować. Z trudem wiążący koniec z końcem Paul Krause prowadził delikatesy, a później otworzył także sklep obuwniczy w Norwood Park, w północno-zachodniej części miasta. Według Jerry’ego antysemici z tamtej okolicy „chcieli wykurzyć Żydów ogniem”, ale dyskryminacja nie powstrzymała jego ojca przed pogonią za amerykańskim snem. Krause mówił także, że z dyskryminacją zmagał się również w liceum Taft jako jedyny uczeń żydowskiego pochodzenia. Jego prześladowcy obrzucali zadziornego, pulchnego dzieciaka różnymi obelgami. Nazywano go „mośkiem”, „pejsem”, „żydowskim pomiotem”. On jednak walczył o swoje, podobnie jak jego ojciec w ringu. „Typowa historia. Jakiś koleś nazwał mnie »pejsem«, więc go walnąłem. Chwilę potem już się biliśmy. Miałem na koncie pewnie z kilkanaście takich bójek”.

Z perspektywy czasu Krause uważał, że te starcia były najlepszym, co mogło mu się przytrafić, bo nauczyły go, jak radzić sobie z dyskryminacją – to cenna lekcja, która w jego ocenie pomogła mu w pracy dyrektora w NBA. „Gdy któryś czarny gracz mówi mi: »Nie wiesz, jak to jest być ofiarą uprzedzeń«, odpowiadam: »Stary, wyobraź sobie, że jesteś jedynym Żydem pośród dwóch tysięcy dzieciaków w szkole«”. Tyle że Krause nieco naciągał fakty, opisując liceum Taft jako „wylęgarnię antysemitów”. Według jego kolegów z klasy – także Żydów – zdecydowanie nie był jedynym Żydem w szkole, nie starano się także „wykurzyć ich ogniem” z okolicy. Wręcz przeciwnie – Taft miał opinię „jednej z najbardziej postępowych szkół średnich w Chicago”.

Zakompleksiony Krause usilnie się starał, by ludzie widzieli w nim człowieka triumfującego, wygrywającego z przeciwnościami losu, a nie przysadzistą ofermę. Stworzył własną narrację, przedstawiając swoją drogę od zera do bohatera, w której nie było miejsca na żadne ułomności. Wyobrażał sobie siebie jako genialnego menedżera i zaciekłego negocjatora. Po tym, jak zbudował drużyny, które zdobyły dla Chicago sześć tytułów mistrzowskich, fani nie pamiętali już, że jego pierwszy okres pracy na stanowisku generalnego menedżera Bulls był klapą – i Krause wolał, żeby o tym nie pamiętano. W 1976 roku, tuż po tym, jak Phoenix Suns zwolnili go z posady skauta ze względów finansowych, właściciel Bulls Arthur Wirtz zatrudnił go na stanowisku dyrektora drużyny. Była to dla Krause’a wymarzona praca. Reporterów zszokowało to, że Wirtz przyjął „małego Jerry’ego”, 37-letniego maniaka koszykówki, który podkolorowywał swoje skautowskie résumé. „Nawet jeśli nigdy nie słyszeliście o Jerrym Krausie, znacie go dobrze – pisał w „Tribune” Rick Talley. – To ten dzieciak z waszej okolicy, który ciągle przyłazi, żeby wymieniać się kartami baseballistów. Zna każdego zawodnika z każdej dyscypliny sportowej, łącznie z numerami na ich koszulkach. Kolekcjonuje ulotki ze składami i programy meczowe, przy jednym uchu trzyma radyjko tranzystorowe z relacją z jednego meczu, drugi ogląda w tym samym czasie w telewizji, a do tego jednocześnie rozmawia przez telefon”.

Zaledwie trzy miesiące później każdy fan Bulls wiedział już jednak doskonale, kim jest Jerry Krause. Wirtz zmusił go do rezygnacji, gdy ten postanowił bez konsultacji z właścicielami klubu zaproponować pracę pierwszego trenera Rayowi Meyerowi z DePaul University. Wściekły prezes powiedział Krause’owi, że nie ma zamiaru zatrudniać szkoleniowca akademickiego. Menedżer utrzymywał, że nigdy nie zaproponował Meyerowi pracy i że opiekun drużyny z DePaul źle go zrozumiał, lecz sam zainteresowany zdążył już oznajmić zarządowi uczelni, iż rozważa ofertę Bulls. Krytyczne wobec Krause’a nagłówki chicagowskich gazet – „stanowisko w Bulls to dla Jerry’ego za wysokie progi” – przyczyniły się do zszargania jego reputacji. Zrezygnował. Został wyśmiany, a pogrzebała go prasa z jego rodzinnego miasta. „Nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy tamtego dnia wychodziłem z biura. Całkowite poniżenie”. 

Reporterzy z Chicago wyśmiewali go, nazywali rozczochranym błaznem w za dużej marynarce, zbyt długich podwiniętych spodniach i poplamionym sosem krawacie. „W ich oczach – jak pisał Ben Joravsky z „Chicago Readera” – na zawsze pozostał przynoszącym kawę chłopcem na posyłki z redakcji gazety, przysadzistym dzieciakiem bez talentu sportowego, za to z niemal żałosną pasją do sportu. Nie miał żadnych innych zainteresowań. Był samotnikiem. Jego życie kręciło się wokół sportu do tego stopnia, że dziwiło to nawet dziennikarzy sportowych”.

Po odejściu z Bulls Krause wrócił do pracy skauta dla baseballowej drużyny Chicago White Sox. Gdy w 1981 roku Jerry Reinsdorf kupił klub od Billa Veecka, odkrył, że łowca talentów pracuje bez wytchnienia i ma ogromną wiedzę o młodych graczach. Cztery lata później, gdy Reinsdorf nabył także drużynę Bulls, zatrudnił go na stanowisku generalnego menedżera, wprawiając w osłupienie niemal wszystkie osoby śledzące NBA. Mieli oni podobne spojrzenie na kwestie budowania zespołu poprzez draft i dwa lata później Krause postanowił skorzystać z okazji, która miała na nowo zdefiniować jego zawodową karierę: postawił na Scottiego Pippena.

(…)

Michael Jordan nie był wielkim fanem ruchów menedżerskich Krause’a, lecz nie mógł zaprzeczyć, że poprzez wybranie w drafcie Pippena oraz skrzydłowego z Clemson, Horace’a Granta – gracza roku konferencji ACC – zapewnił mu dwóch niezwykle ważnych partnerów, którzy mogliby mu pomóc w spełnie niu marzeń o mistrzostwie. Lider Bulls narzekał, gdy generalny menedżer oddał jego nieustraszonego ochroniarza, skrzydło wego Charlesa Oakleya, do Knicks w zamian za centra Billa Cartwrighta – boiskowego weterana, który najlepsze lata miał już za sobą – choć później przyznał, że to posunięcie pomogło drużynie. Najbardziej jednak irytowało go to, że Krause wyolbrzymiał swoje zasługi i często przypisywał sobie osiągnięcia graczy. Przewidywał, że pewnego dnia, gdy pamięć fanów nieco się już rozmyje, działacz przypisze sobie nawet jego wybór w drafcie. 

Bez względu na to, jak bardzo Jordan gardził Krause’em, prawda wyglądała tak, że menedżer stworzył skład zdolny walczyć z każdą drużyną w NBA. Teraz, w sezonie 1990/91, przyszedł czas, by Jordan, Pippen i reszta graczy Bulls rzucili w końcu wyzwanie Detroit Pistons.

Tłumaczenie: Jakub Michalski

O książce:

„Jumpman żył po to, by wzbić się do lotu”.

Efektowne wsady, rekordy punktowe, zdobyte przez niego wyróżnienia indywidualne i buty sygnowane charakterystycznym logo sprawiły, że Michael Jordan mimo woli stał się fenomenem kulturowym, wzorem do naśladowania i superbohaterem łączącym koszykarskich kibiców z całego świata. 

Rekonstruując decydujący moment w karierze Jordana – zdobycie pierwszego tytułu mistrza NBA w sezonie 1990/91 – historyk sportu Johnny Smith analizuje wszechobecny wzrost popularności MJ-a i opisuje, jak ogromny ciężar koszykarz dźwigał na swoich barkach jako narodowy skarb i symbol postępu w USA. Jumpman pokazuje, w jaki sposób utrzymywano wokół Jordana aurę tajemniczości, dzięki czemu wydawał się bardziej sympatyczny w oczach ludzi, którzy zwracali uwagę na kolor skóry sportowców. To paradoks, ale na drodze ku wielkości Michael musiał stać się powszechnie znany i ekscytujący, a jednocześnie odległy i enigmatyczny. 

Łącząc dramatyczne relacje ze zmagań na parkietach NBA z imponującymi opisem sił społecznych, biznesowych, medialnych i politycznych, które kształtowały Amerykę na początku lat 90., autor pokazuje, w jaki sposób rzucający obrońca Byków został legendą i dlaczego mit numeru 23 jest wiecznie żywy. 

Książkę znajdziecie na: https://bit.ly/probasket-jumpman 

Wspieraj PROBASKET

  • Sprawdź najlepsze promocje NIKE i AIR JORDAN w Lounge by Zalando
  • W oficjalnym sklepie NIKE znajdziesz najnowsze produkty NIKE i JORDAN oraz dobre promocje.
  • Oficjalny sklep marki adidas też ma dużo do zaoferowania.
  • Oglądasz NBA? Skorzystaj z aktualnej oferty - kup dostęp do NBA League Pass.
  • Lubisz buty marki New Balance? W ich oficjalnym sklepie znajdziesz coś dla siebie.
  • Oryginalne perfumy i kosmetyki z dużymi rabatami znajdziesz w sklepie FLACONI.PL



  • Subscribe
    Powiadom o
    guest
    12 komentarzy
    najstarszy
    najnowszy oceniany