Pierwszy raz od 12 lat w aż pięciu seriach pierwszej rundy po dwóch meczach był remis 1-1. Zaskoczyli Blazers, którzy wyrównali rywalizację ze Spurs w San Antonio i Magic, którzy wygrali pierwszy mecz w Detroit. Zaimponował LeBron James, prowadząc Lakers do trzech zwycięstw nad Rockets, mimo że w składzie Jeziorowców brakuje Austina Reavesa i Luki Doncicia. Nieoczekiwany obrót spraw mamy też w serii Knicks – Hawks, gdzie Atlanta prowadzi już 2-1. Do tego Minnesota wygrała dwa ostatnie mecze z Denver i również postawiła faworyta w trudnym położeniu. A to przecież dopiero początek! Joe Vardon z The Athletic zwrócił uwagę, że tegoroczna pierwsza runda play-offów jest wyjątkowo „chaotyczna”. Jego tekst posłużył mi jako inspiracja i punkt wyjścia do szerszego spojrzenia na to, dlaczego faworyci tak szybko stracili kontrolę nad częścią serii.
To nie jest tylko wrażenie po kilku zaciętych i nerwowych końcówkach. Na razie ta pierwsza runda wymyka się prostym przewidywaniom. W teorii większość wyżej rozstawionych drużyn miały kontrolować sytuację, wykorzystać przewagę parkietu i z meczu na mecz narzucać swoje warunki. W praktyce kilka serii już po pierwszych spotkaniach zaczęło wyglądać zupełnie inaczej, niż zakładano.
Najciekawsze nie jest jednak to, że niżej rozstawione zespoły wygrały pojedyncze mecze. To się zdarza co roku. Chodzi raczej o liczbę niewiadomych, które pojawiły się właściwie jednocześnie i stworzyły poczucie chaosu. Kontuzje liderów, problemy faworytów w końcówkach, świetne występy graczy drugiego planu, rozczarowujące gwiazdy i presja, która w niektórych parach zaczyna być wyraźna, a to dodatkowo podkręca atmosferę.
Tegoroczna pierwsza runda jest zaskakująca i być może nawet „chaotyczna” nie dlatego, że w każdej parze należy nagle ogłaszać sensację. Bardziej dlatego, że w większości serii pojawił się przynajmniej jeden element, który może zmienić ich końcowy wynik.
W przypadku Lakers jest to wciąż niesamowita forma LeBrona Jamesa mimo braku Reavesa i Doncicia. W San Antonio uraz Victora Wembanyamy. W Nowym Jorku presja, błędy w końcówkach i coraz trudniejsze pytania o Knicks. W Denver problemy Nuggets z fizycznością Wolves. W Detroit sygnał od Magic, że są w stanie nawiązać walkę. Po prostu nawet tam, gdzie faworyci nadal wyglądają na drużyny, które powinny awansować, to pojawiły się zaskakujące wydarzenia i sytuacje, które inspirują i ciekawią.
Myślę, że to właśnie sprawia, że ten początek play-offów NBA jest tak ciekawy. Nie nazwałbym tego szokiem, bo śledzę NBA od ponad 30 lat i niestety czasem mam wrażenie, że „widziałem już wszystko„. Określiłbym to zaskakującym zwrotem akcji, który może wpłynąć na losy serii, które wcześniej wydawało nam się, że mają murowanych faworytów.
Lakers zrobili coś wbrew logice
Najlepszy przykład to Lakers. Przed serią z Rockets trudno było traktować ich jak faworyta, bo grają bez Luki Doncicia i Austina Reavesa. Houston miało na papierze mocniejszy skład i skuteczny w ataku duet Kevin Durant – Alperen Sengun. Durant jednak nie zagrał w pierwszym spotkaniu z powodu problemów z kolanem i po dwóch meczach to Lakers prowadzili 2-0 (minionej nocy LeBron znów to zrobił i poprowadził Lakers do kolejnej wygranej i Jeziorowcy prowadzą już 3-0).
Główny powód jest oczywisty – LeBron James. Ma 41 lat, a nadal potrafi zmienić całą serię. Nie chodzi tylko o liczby, ale o kontrolę, doświadczenie i momenty, w których potrafi narzucić swój rytm i styl gry. To brzmi jak zdanie powtarzane od lat, ale wciąż pozostaje aktualne. LeBron w play-offach nadal jest kimś, kto potrafi wygrywać i dominować.
Jest też drugi, bardziej zaskakujący element. Bardzo ważną rolę w Lakers odgrywa Luke Kennard, czyli zawodnik kojarzony przede wszystkim z rolą strzelca – zadaniowca. Tymczasem w tej rywalizacji jego znaczenie jest większe, niż ktokolwiek mógł zakładać przed pierwszym meczem. A jeśli Reaves wróci do gry, a Durant nadal będzie zmagał się z problemami zdrowotnymi, to sytuacja Rockets może stać się bardzo trudna. I byłby to jeden z najbardziej nieoczekiwanych zwrotów tej pierwszej rundy (po meczu minionej nocy Houston przegrywają już 0-3!).
Sixers też, ale…
Fakt, że po ponad trzydziestopunktowej porażce Sixers podnieśli się i wygrali w Bostonie też można uznać za niespodziankę. Tak się jednak kończy ślepa wiara w trójki trenera Joe Mazulli. Celtics trafili zaledwie 13 z 50 rzutów z dystansu, a Sixers odpowiedzieli znakomitym występem duetu Edgecombe-Maxey. Problem jednak w tym, że tak fatalna skuteczność Bostonu może się już nie powtórzyć. Philadelphia stoi więc przed trudnym zadaniem, ale pamiętajmy, że ten zespół zajął 7. miejsce nie z powodu swojego potencjału, ale ze względu na kontuzje i nieobecności podstawowych zawodników. Jeśli Joel Embiid zdąży wrócić do gry w tej serii, to Celtics mogą mieć problem (po meczach z minionej nocy jest 2-1 dla Celtics).
Kontuzje zmieniają wszystko
W San Antonio najważniejszym tematem jest zdrowie Wembanyamy. Spurs przegrali drugi mecz z Blazers, a Francuz znalazł się w specjalnym protokole z wstrząśnieniem mózgu. Urazów nabawili się ten inni gracze Ostróg i mimo że Spurs mieli 14 punktów przewagi w czwartej kwarcie drugiego meczu już bez Wembanyamy na parkiecie, to i tak przegrali.
Scoot Henderson, który z powodu kontuzji stracił aż 52 spotkania zdobył 31 punktów i zagrał „mecz życia”. Bez Wembanyamy przy obręczy Blazers mieli więcej miejsca, więcej odwagi i więcej swobody w ataku. Tak właśnie w play-offach zmienia się dynamika serii. Czasem nie jest potrzeba wielka taktyczna rewolucja. Wystarczy nieobecność jednego gracza i wszystko się zmienia (minionej nocy Spurs wygrali w Portland bez Wembanyamy i prowadzą 2-1).
Na pewno nie można mówić o podobnych obawach o przyszłość serii w przypadku OKC, ale i do Thunder zapukał pewnego rodzaju niepokój. Thunder prowadzą z Suns 2-0, ale kolejny uraz Jalena Williamsa może okazać się kluczowy w drugiej rundzie. Oczywiście OKC potrafiło sobie radzić bez niego w sezonie, ale play-offy rządzą się innymi prawami.
Knicks pod presją
Na Wschodzie szczególnie nerwowo zrobiło się w Nowym Jorku. Knicks zaczynali serię z Hawks jako faworyci, a po trzech meczach przegrywają 1-2. Atlanta wygrała dwa kolejne spotkania. W obu potrafiła w czwartej kwarcie zatrzymać liderów nowojorczyków, a CJ McCollum trafiał ważne rzuty w końcówkach.
34-letni McCollum znów jest nie do zatrzymania jak za starych dawnych czasów, kiedy to w 2019 roku w siódmym meczu jego Blazers grali w Denver. Przegrywali już różnicą 17 punktów, ale potrafili je odrobić i wygrać 100:96. CJ zdobył wtedy 37 punktów i pogrążył Nuggets w końcówce.
W przypadku Knicks, to już nie wygląda jak jeden słabszy mecz. Są pod ogromną presją i kibice oraz media zaczynają pytać o decyzje trenera oraz formę poszczególnych zawodników. Najczęściej powtarzaną opinią o Knicks w ostatnich tygodniach jest brak przekonania, że ten zespół mimo wysokiego 3. miejsca na Wschodzie jest naprawdę tak mocny, aby walczyć o najwyższe cele.
Mikal Bridges za którego Knicks oddali aż pięć wyborów w pierwszej rundzie draftu miał być brakującym ogniwem i stoperem w obronie, a tymczasem w trzecim meczu nie zdobył ani jednego punktu. Nie trafił trzech rzutów, zaliczył cztery straty, a wskaźnik plus-minus przy jego nazwisku wynosił -26, a te 21 minut, które spędził na boisku Knicks przegrali taką różnicą punktów.
Jalen Brunson, który jeszcze przed chwilą uchodził za jednego z najlepszych graczy NBA w decydujących momentach, dał się ogrywać McCollumowi w drugim spotkaniu, a w trzecim zawalił decydującą akcję. Pamiętajmy, że właściciel Knicks zapowiedział, że oczekuje od swojego zespołu gry w wielkim finale NBA. Jeśli tak się nie stanie, to niemal na pewno dojdzie do dużych zmian w składzie nowojorczyków.
Już wiemy czemu Denver chcieli uniknąć Wolves
Trener Nuggets robił co mógł w dwóch ostatnich meczach sezonu zasadniczego, aby jego zespół nie wygrał i zajął 4. miejsce. Tymczasem rezerwowi dali z siebie wszystko i najpierw pokonali zmienników Thunder, a potem Spurs, którzy grali tylko bez Wembanyamy. Dzięki temu Nuggets zajęli 3. miejsce i mierzą się z Wolves – drużyną bardzo dla nich niewygodną.
Zespół z Minnesoty wygrał dwa ostatnie spotkania i prowadzi 2-1. Sukces zawdzięczają w dużej mierze dzięki świetnej defensywie Goberta przeciwko Jokiciowi. W ostatnim spotkaniu Jokić trafił 7 z 21 rzutów, kiedy krył go Francuz (7/26 w meczu), a w całej serii 13 z 40 (w tym 4 na 19 za 3).
To może oznaczać, że Wolves znaleźli sposób na Jokicia, a co za tym idzie na Nuggets. Trzeba jednak nadmienić, że w ostatnim spotkaniu z powodu kontuzji nie zagrał Aaron Gordon.
Nie każda niespodzianka oznacza przełom
W tym całym zamieszaniu warto jednak zachować zdrowy rozsądek. Nie każda porażka faworyta oznacza, że seria właśnie wymknęła mu się z rąk. Cavaliers przegrali trzeci mecz z Raptors, a Scottie Barnes i RJ Barrett zdobyli po 33 punkty. Toronto zagrało świetnie, a Cleveland wyglądało źle praktycznie we wszystkich elementach – w obronie, w ataku, w skuteczności i w organizacji gry. Ale żeby uznać tę serię za całkowicie otwartą, Raptors muszą pokazać znacznie więcej.
Podobnie jest w przypadku pary Pistons – Magic, gdzie w pierwszym spotkaniu koszykarze z Orlando zaskoczyli rywala, ale w drugim meczu nie mieli już nic do powiedzenia.
Pisząc więc o chaosie w tegorocznych play-offach trzeba podkreślić, że nie oznacza on od razu sensacji w każdej parze. Czasem to po prostu jeden świetny wieczór drużyny niżej rozstawionej i słabszy występ faworyta. Poza tym z jakiegoś powodu gra się do czterech wygranych, a wynik 4-0 nie jest najczęstszy, bo oznacza totalną dominację.
Początek tych play-offów rzeczywiście jest bardzo ciekawy i emocjonujący, ale chyba potrzebujemy jeszcze jednego tygodnia tak nieoczekiwanych wyników i wydarzeń, aby z całą pewnością stwierdzić, że są to play-offy „historycznie chaotyczne„. Na razie umówmy się, że są na pewno zaskakujące i warto je śledzić.
Spodziewasz się awansu drużyn niżej rozstawionych? Czy wiesz, że tylko cztery razy w ostatnich 23 latach do drugiej rundy play-offów awansowały wszystkie zespoły wyżej rozstawione? Ostatni raz zdarzyło się to w 2022 roku.
Za to w 2023 roku jedyny raz aż cztery zespoły niżej rozstawione awansowały do drugiej rundy.
Do czterech wygranych w pierwszej rundzie gra się od 2003 roku. Za nami więc 23 takich play-offów. Policzyliśmy ile drużyn niżej rozstawionych w poszczególnych latach awansowało do drugiej rundy. Wyszło nam tak:
0 drużyn niżej rozstawionych – 4 razy.
1 drużyna niżej rozstawiona – 6 razy.
2 drużyny niżej rozstawione – 8 razy.
3 drużyny niżej rozstawione – 4 razy.
4 drużyny niżej rozstawione – 1 raz.
Jak myślisz? Która z drużyn niżej rozstawionych awansuje do drugiej rundy? Czy będzie ich w tym roku kilka?

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się nim z innymi w swoich mediach społecznościowych i zostaw komentarz.
Więcej moich artykułów znajdziesz tutaj.
Czy wiesz, że PROBASKET ma swój kanał na WhatsAppie? Kliknij tutaj i dołącz do obserwowania go, by nie przegapić najnowszych informacji ze świata NBA! A może wolisz korzystać z Google News? Znajdziesz nas też tam, zapraszamy!










