Koszykarz GKS-u Tychy, powrócił do gry po przerwie spowodowanej kontuzją. Jak przepracował minione dwa miesiące i jaki związek z Koroną Kielce ma zawodnik? Czego zazdrościł swoim kolegom z zespołu i jak ocenia swój pobyt w klubie? O tym wszystkim i nie tylko, opowiada Piotr Hałas.

 

Spotkanie  ze Zniczem było pańskim pierwszym meczem po dwóch miesiącach przerwy. Po kontuzji nie ma już śladu?

Piotr Hałas: Powoli dochodzę do pełnej sprawności. Są jeszcze małe problemy z ruchomością stawową nadgarstka, ale to całkowicie naturalne po tak długim unieruchomieniu poprzez gips, czy też ortezę. Z każdym dniem jest coraz lepiej.

 

Początkowo przeczytać można było o pańskiej pauzie aż do końca lutego, udało się wrócić wcześniej, uraz nie był aż tak poważny, jak wydawało się to na początku?

– Faktycznie pierwsze rokowania nie były najlepsze, bowiem zanosiło się na leczenie operacyjne i dłuższą przerwę. Szczęście w nieszczęściu, że kość ułamała się w taki sposób, że jak na uraz kości łódeczkowatej poszło dość „sprawnie” i od ponad tygodnia jestem już w pełnym treningu. Faktem jest też, że wykorzystałem chyba wszystkie możliwie sposoby, by maksymalnie przyspieszyć zrost kontuzjowanej ręki.

 

Ciężko było Panu przez te dwa miesiące bez koszykówki? Brak treningów i meczów dawał się mocno we znaki?

– Zawsze ciężko jest być z boku. Nie ukrywam, że zazdrościłem chłopakom możliwości występu na Torwarze w meczu z Legią, ze Śląskiem w moim rodzinnym Wrocławiu, czy spotkania przeciwko drużynie z Krosna. Zawsze są mecze w sezonie w których, że tak powiem „bardziej się chce”, z których można więcej wynieść. Mnie kilka takich niestety ominęło. Natomiast jeżeli chodzi o treningi, to fakt, iż mogłem normalnie biegać sprawił, że praktycznie cały czas byłem w rytmie treningowym, choć wiadomo, że żaden trening indywidualny nigdy nie zastąpi treningu z zespołem.

 

Powrót na parkiet raczej nie był udany? Wszystko przez porażkę w Pruszkowie.

– Szkoda tego meczu, bo trzeba sobie jasno powiedzieć, że przegraliśmy go na własne życzenie. Prowadziliśmy prawie całe spotkanie, by na koniec jak na tacy oddać gospodarzom 2 punkty – to na pewno nie był udany powrót.

 

Co było pańskim zdaniem przyczyną niemocy  zespołu w czwartej kwarcie? Zdobyliście wtedy tylko sześć punktów.

– Nasza indolencja strzelecka wespół z nienajlepszą decyzyjnością i gorszą niż zazwyczaj współpracą w ataku, których konsekwencją była cała masa strat dały taki a nie inny obrazek…niestety.

 

Zapewne bardzo żałujecie tej porażki. Mogliście dogonić Legią, a tymczasem to Znicz dogonił Was w tabeli. To Wam mocno skomplikowało walkę o trzecie miejsce?

– Na pewno niczego nam ta porażka nie ułatwi. Nie oglądamy się na nikogo, bo zajmiemy takie miejsce w tabeli na jakie sami sobie zapracujemy. Natomiast znamy sytuacje w lidze i dążymy do tego, by mieć przewagę parkietu w pierwszej rundzie play-off.

 

Siedzi Wam jeszcze w głowach wysoka porażka z Miastem Szkła Krosno?

– O takich zawodach chciałoby się jak najszybciej zapomnieć i chyba nawet powinniśmy tak zrobić. Natomiast to też doskonały materiał do analizy, bo przyjechał mocny przeciwnik i obnażył wszystkie nasze słabości, a jak się od kogoś uczyć, to tylko od lepszych od siebie. Wnioski trzeba więc wyciągnąć. Może los nas jeszcze skojarzy w tym sezonie. Nie jest powiedziane, że kolejna konfrontacja będzie miała podobny przebieg.

 

Teraz przed Wami mecz z teoretycznie łatwym rywalem. Spójnia przeżywa duży kryzys i podobnie jak Wy nie może sobie pozwalać na kolejne porażki. Jak zagrać, by zniwelować atuty Spójni?

– Zawsze powtarzam, że w tej lidze nie ma pewniaków. Kłodzko może wygrać z Sokołem, a Biofarm w Stargardzie. Spójnia faktycznie nie ma najlepszego okresu, ale bodziec jakim zawsze jest niewątpliwie przyjście nowego trenera sprawia, że musimy być czujni. Zresztą my też bardzo chcemy podnieść się po dwóch kolejnych porażkach. Na brak zaangażowania nikt nie będzie na pewno narzekał.

 

Dotąd z obozu GKS-u Tychy ciężko było wydobyć jakąkolwiek deklarację co do celu, jaki stoi przed zespołem. Ku końcowi zbliża się sezon zasadniczy, może teraz jest odpowiedni moment, aby zadeklarować o co w obecnym sezonie walczy GKS?

– Nie pokuszę się teraz o to i ja. Natomiast do osiągnięcia celu postawionego przed sezonem czyli wejścia do fazy play – off jest już całkiem blisko. Głęboko wierzę jednak, że wstrzelimy się ze zdrowiem i formą w tą najważniejszą część sezonu i mocno namieszamy – takie przynajmniej mamy ambicje.

 

To pański trzeci sezon z rzędu w Tychach, a już piąty w całej karierze. Chyba dobrze Panu w tym mieście i klubie?

– Faktycznie kawałek czasu już tutaj jestem i choć w samych Tychach nie mieszkam to dużą sympatią darzę to miasto. Również tutaj od zeszłego roku pracuję w szkole podstawowej jako nauczyciel wychowania fizycznego, więc nie ukrywam, że już trochę przywiązałem się do tego miejsca. Nie stałoby się tak oczywiście, gdyby nie dobra i profesjonalna współpraca z klubem. Korzystając z okazji chciałbym podziękować za pełną opiekę i wsparcie podczas leczenia kontuzji.

 

GKS chce w niedługim czasie  piąć się w hierarchii ligowej. Chciałby Pan być elementem tego projektu w kolejnych sezonach?

– Życie pisze różne scenariusze, ale jeżeli będę tu mile widziany, a ambicje sportowe klubu i możliwości ich realizowania będą na odpowiednim poziomie, to na pewno chętnie usiądę do rozmów o przedłużeniu umowy.

 

Obecny sezon to mimo kontuzji, najlepszy okres w pańskiej karierze spoglądając chociażby na średnią zdobywanych punktów. To efekt silniejszych niż zwykle przygotowań, może trochę innych niż zazwyczaj? Czemu zawdzięcza Pan dobrą dyspozycję?

– Prawdą jest, że to jeden z lepszych sezonów jakie grałem, tym bardziej żałuję, że przytrafiła mi się ta kontuzja, bo faktycznie czułem się na boisku bardzo pewnie. Teraz swoją pozycję muszę budować na nowo, mam nadzieję, że nastąpi to jak najszybciej. Jeżeli pyta Pan o przygotowania przedsezonowe to faktycznie nie próżnuję w wakacje, ale to już trzeci rok z kolei, kiedy pracuję, głównie na siłowni pod okiem Wojtka Mroszczyka – dzisiaj trenera przygotowania piłkarzy Korony Kielce. Mocno zmieniłem też dietę, ale to już zasługa mojej narzeczonej, tudzież prywatnego dietetyka, która z racji swoich zainteresowań jak i wykształcenia mocno pilnuje bym spożywał najwyższej jakości produkty. To również mocno przekłada się na wydolność organizmu i jego samopoczucie. Ponadto jestem w najlepszym dla koszykarza wieku, więc kiedy grać jak nie teraz.






ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj