Rozpoczął obecny sezon w barwach ekstraklasowej BM Slam Stali Ostrów Wlkp., ale kontuzja pokrzyżowała plany koszykarza, który znalazł swoje miejsce w pierwszoligowym Max Elektro Sokole Łańcut. O powrocie do zdrowia, rozwoju klubu z Łańcuta i o zbliżającej się fazie play-off  porozmawialiśmy z Adrianem Mroczkiem – Truskowskim:

W listopadzie zeszłego roku zerwał Pan ścięgno w stopie, grę w TBL trzeba było odłożyć na długie miesiące. Jakie myśli pojawiały się w głowie? W ekstraklasie udało się zagrać tylko kilka minut.

A. Mroczek – Truskowski: Szczerze mówiąc to nie miałem żadnych oczekiwań względem tego sezonu, po prostu chciałem grać, bo to jest najważniejsze dla każdego. Nie udało się, kontuzja pokrzyżowała mi plany i trochę wybiła z rytmu, ale z drugiej strony jest to element tej zabawy. Nie byłem jakoś specjalnie załamany, wiedziałem, że chcę wrócić jeszcze w obecnym sezonie. Wystarczyło podejść do tego zdrowo i optymistycznie i jestem.

Miał Pan nadzieję na powrót do zdrowia w barwach Stali, czy rozwiązanie kontraktu to była obustronna decyzja?

– Kontuzja była przyczyną rozmów o rozwiązaniu kontraktu. Doszliśmy wspólnie do porozumienia. Mój powrót do zdrowia w barwach ostrowskiego klubu nie był możliwy, musiałem szukać innego.

Ostatecznie trafił Pan do Sokoła Łańcut. Czym przekonał Pana trener Dariusz Kaszowski? Musiał w ogóle przekonywać?

– Trener Kaszowski to osoba, którą znam bardzo dobrze i długo i w zasadzie nie było nad czym się zastanawiać. To była jedna z nielicznych osób, które wiedziały po co jestem mu potrzebny w drużynie. Nie miał wątpliwości, że na pewno się wyleczę i przyjadę przygotowany na tyle ile mogę. Miał wobec mnie jakieś plany, zaufał i mam nadzieję, że się nie zawiedzie.

Miał Pan też inne propozycje, starała się Legia Warszawa, ale zdecydował się Pan na Łańcut. Od razu podjął Pan taką decyzję, czy jednak był dylemat, który klub wybrać?

– Telefon z Warszawy był, ale powiem tak jak wszyscy – to nie ma znaczenia w tej chwili, bo ja bardzo szybko zdecydowałem się na Łańcut. Nawet gdyby pojawiły się jeszcze inne oferty to musiałyby być tak samo szybkie, a nie były takie. Chciałem zdecydować, żeby mieć spokojną głowę, wiedzieć po co się rehabilituję i kiedy najszybciej mogę wrócić, aby pomóc drużynie. Doszliśmy do porozumienia bardzo szybko także inne rozmowy, propozycje już były nieaktualne.

Jak wracał Pan do formy? Ktoś pomagał w dojściu do pełnej sprawności?

– Tak, wielkie słowa podziękowania kieruję dla ekipy HES-u z Wrocławia – Crossfit Leśnica, Crossfit Wrocław. Łukasz Piwkowski był głównym „sprawcą” mojego powrotu do formy. O rehabilitację i dojście do sprawności fizycznej zadbał  Marcin Janusiak i jego ekipa, czyli ludzie ze Śląska Wrocław.

Dwa tygodnie temu wrócił Pan do ligowej rywalizacji. To była duża ulga? Czekał Pan na ten moment długo. Ciężko się wraca po kilku miesiącach bez gry?

– Każdemu się ciężko wraca, poczułem wielką radość, to była przyjemność, wrócić i zagrać. Poczuć emocje i rywalizację. To było najważniejsze, nie kalkulowałem, czy coś się uda, czy nie, czy trafię, czy nie. Chodziło o sam występ i bardzo byłem z tego powodu szczęśliwy.

W tych dwóch meczach zdobywał Pan średnio 13 punktów więc chyba jest Pan  zdecydowanie zadowolony z efektów? Okazało się, że nie jest to tylko pański powrót, ale od razu solidne wzmocnienie Sokoła w ligowej walce.

– Pewnie można to tak określić natomiast ja broń Boże nie czuje się jakimś wielkim liderem tylko osobą która dołącza do ekipy w trakcie sezonu, ma pomóc, niczego nie zepsuć. Fajnie, że płynnie wszedłem do drużyny, łatwo było mi się z chłopakami dogadać, zgrać. Dostałem kilka piłek, rzuciłem i trafiłem. Dobrze, że wpada, oby tak do końca i żeby tak samo dobrze było w play – off.

Do Łańcuta wrócił Pan po siedmiu latach. Bardzo zmienił się klub przez ten czas?

– Bardzo. Czytałem rożne opinie i głosy całkiem niedawno, że to nie jest do końca profesjonalny klub, że tam się tak może nie trenuje, pewne rzeczy organizacyjnie nie są ok. Naprawdę życzyłbym sobie, żeby w większości zespołów, albo we wszystkich klubach było tak jak w Sokole Łańcut, który naprawdę się zmienił od tego czasu. Niczego tam nie brakuje, wszystko jest poukładane, fajnie się trenuje, jest świetna współpraca na linii sztab szkoleniowy – zawodnicy. Naprawdę nie można się do niczego przyczepić. Oczywiście to wszystko w skali pierwszej ligi, wszystko jest na plus, widać, że Sokół się rozwija, to jest bardzo budujące. Pewne rzeczy zauważono i polepszono w rezultacie bardzo dobrze to wygląda.

Czujecie się silni? Jest w Was duża pewność siebie przed fazą play-off, czy podchodzicie do tego ostrożnie?

– Jest ostrożnie. Myślę, że mogę już powiedzieć w imieniu zespołu, że wiemy, że to jest play-off, to jest inna gra. Dotąd był sezon regularny, a w play-off trzeba już być skupionym od pierwszego meczu, bo można się łatwo w pierwszej rundzie wyłożyć i nie osiągnąć celu. Wiadomo, że kibice w Łańcucie widzą nas już w finale, najlepiej z Krosnem i po ciężkich bojach i dogrywkach. Na razie z dużym respektem podchodzimy do wszystkich przeciwników.

W ćwierćfinale zagracie z Pogonią Prudnik lub z Astorią Bydgoszcz. Ma to jakieś znaczenie, czy po prostu trzeba wyjść, wygrać trzykrotnie, kimkolwiek nie byłby rywal?

– Dokładnie, o to w tej całej zabawie w play-off chodzi. Pierwsza runda to też jest stres, bo każdy mecz już jest o coś i trzeba trzy razy wygrać. Czy to jest Prudnik, Bydgoszcz, czy jakaś inna drużyna, trzeba wygrać trzy razy i myśleć co dalej.

Dalej, jeżeli obejdzie się bez niespodzianek, w półfinale spotkacie się z Legią Warszawa z którą jakiś czas temu poradziliście sobie na własnym boisku. Pańskim zdaniem „Operację Awans” ogłoszoną w stolicy trzeba będzie odłożyć przynajmniej na rok?

– Gdy uda nam się przejść ćwierćfinał to będzie to dla mnie bardzo fajna rywalizacja, bo to byłby dla mnie drugi rok z rzędu, kiedy w półfinale mierzyłbym się z tym zespołem. Wiem, że będą na pewno dobrze przygotowani, mocno nastawieni na defensywę, także taka rywalizacja będzie samą przyjemnością. Czy to ma zepsuć komuś jakieś plany? To jest sport i czasami się przegrywa.

Miasto Szkła imponuje formą, ale to play-offy weryfikują siłę zespołu. Pańskim zdaniem Krosno jest bezkonkurencyjne, czy może stać się tak, jak kilka lat temu, kiedy to zespół z Torunia odpadł szybko już w ćwierćfinale?

– Widziałem parę meczów Krosna, w tym nasz w Łańcucie i na pewno są mocni, mają wielu dobrych zawodników, grają intensywnie. W ćwierćfinale, czy półfinale ciężko będzie im wyrwać zwycięstwo. Są faworytem, ale fajnie będzie takiemu faworytowi utrzeć nosa i myślę, że każdy z takim podejściem będzie się z nimi mierzył w play-off.

Ich gra, kadra rzeczywiście przypomina poziom ekstraklasy? Daliby sobie radę w TBL wzmocnieni dwoma, trzema zawodnikami z zagranicy? Takie głosy co jakiś czas się pojawiają, że Miasto Szkła z powodzeniem rywalizowałoby z niejednym zespołem z TBL.

– Ciężko powiedzieć, inne są oczekiwania i warunki w pierwszej lidze i w ekstraklasie. Może kilka nieudanych spotkań szybko zweryfikowałoby to, czy ten skład poradziłby sobie przez cały sezon? Łatwo się o tym mówi, ale z doświadczenia wiem, że przy kilku porażkach,  niezbyt dobrej pozycji w tabeli, zaraz mówiłoby się, że ten skład nie jest aż tak dobry na ekstraklasę. To tylko dywagacje, nie ma co tego roztrząsać. Wiadomo, że koszykówka jest wszędzie podobna, ale w TBL jest o wiele bardziej fizyczna. Czy krośnianie poradziliby sobie? Niech awansują i sprawdzimy to.









ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj