W minioną sobotę w łódzkiej Atlas Arenie odbył się finał 11. edycji Marcin Gortat Camp. W charytatywnym spotkaniu zespół reprezentacji Wojska Polskiego pokonał drużynę Gortat Team. Podczas koszykarskiego święta kibice mogli przekonać się, jak radzą sobie na parkiecie gwiazdy polskiego show biznesu i sportu. W rozmowie dla czytelników PROBASKET swoimi wrażeniami podzielił się Mariusz Wlazły – Mistrz Polski i najlepszy siatkarz ostatniego sezonu siatkarskiej PlusLigi.

Emilia Pińkowska: Co zmotywowało Cię do wzięcia udziału w Wielkim Meczu Marcina Gortata?

Mariusz Wlazły: – Dla mnie motywacja jest jednoznaczna z tym, co robi Marcin. Jestem tu po raz czwarty i cieszę się, że mnie zaprosił. Jest to dla mnie ogromne wyróżnienie i cieszę się też, że mogę pomóc swoją osobą. To jest najważniejsze. Jeżeli on mnie widzi w tym składzie i widzi sens w tym żebym ja też mógł gdzieś tutaj te pozytywne emocje od siebie przekazać i przysłużyć się do osiągnięcia przez jego fundację celów, to jak najbardziej mnie nie trzeba namawiać.

Jak oceniasz atmosferę w trakcie takiego meczu? Jest to kolejny mecz w gwiazdorskiej obsadzie organizowany w łódzkiej Atlas Arenie, który gromadzi coraz wiekszą rzeszę fanów.

– Łódź dla mnie jest ogromnie bliskim miejscem i zawsze kojarzyło mi się ono tylko i wyłącznie z moim sportem – z siatkówką. Gramy w tej hali Ligę Mistrzów, w reprezentacjach graliśmy Ligę Światową, czy też rozgrywaliśmy prawie najważniejszą część Mistrzostw Świata – tutaj w Atlas Arenie. Więc ja się cieszę, że ten mecz jest akurat tutaj, w mojej ukochanej Łodzi. Wszyscy sportowcy z regionu bardzo identyfikują się z tym miejscem. Z miastem, które jest otwarte na wszelkie inicjatywy sportowe, które niosą za sobą pomoc dzieciakom. Widać, że Marcin też dobrze się wstrzelił w te wszystkie zadania i takim meczem potrafi pomagać przede wszytskim swoim podopiecznym w fundacji.

Czy czułeś dreszczyk emocji podaczas hymnu narodowego, który wielokrotnie mogłeś tutaj słyszałeś podczas występów w białoczerwonych barwach?

– Aj zawsze, zawsze to jest wyjątkowa chwila niezależnie od tego, jaka jest ranga spotkania. Hymn narodowy przed meczem jest niezwykle ważnym i istotnym elementem dla każdego sportowca.

Tak jak wspominałeś – jest to juz Twoj czwarty z kolei udział w meczu organizowanym przez Maricna. Mozna powiedzieć, że powoli staje się to stałym elementem przygotowań do sezonu w Skrze Bełchatów.

– Na pewno jest to w środku mojego wolnego. Więc moja forma, można powiedzieć, że… jest wakacyjna (śmiech). Dopiero za trzy tygodnie zaczynam przygotowania do sezonu więc bardzo się cieszę, ze mogę się też poruszać. Aczkowiek wiem, że jutro będę płakał (śmiech). Dobrze, że dzień przed meczem był przeprowadzony trening. Na pewno jest to trening przez duże T, bo raczej próbujemy trafić do kosza, w moim przypadku w tablicę. Tak na poważnie, to dobrze, że wtedy możemy sie spotkać, popróbowac, wykonać kilka rzutów i zaadoptować się z tym boiskiem. Niby czwarty raz biorę udział, ale to jest niewątpliwie nowa sytuacja, gdzie nie czuję się swobodnie, a taki trening pomaga mi w tym, żebym mógł na boisku poczuć się trochę lepiej.

Formuła sportowych campów dla młodzieży sprawdza się także w siatkówce. W tegorocznej edycji przeprowadziłeś treningi dla młodych adeptów siatkówki w siedmiu miastach. Jaką rolę one spłeniają?

– Myślę, że podobnie jak u Marcina, tylko, że on to robina troszeczkę inną skalę. My chcemy po prostu zachęcić dzieciaki do uprawiania sportu. On w koszykówce – ja w siatkówce. Jak zachęcimy, to później chcemy to pielęgnować, żeby dzieciaki były obecne w tym sporcie i funkcjonowały jak najlepiej. Oczywiście zdarzają się jakieś talenty, zdarzają sie perełki, którym można pomóc i w tym też swoim doświadczeniem i mozliwościami próbujemy takim dzieciakom pomagać. Marcin o tyle jest w innej sytuacji, że gra w Stanach. Dla takich dzieciaków wyjazd do Stanow jest fajnym wydarzeniem. Poznanie NBA „od kuchni” także jest dla nich wielką motywacją do grania. Uważam, że w Polsce są tak fajnie utalentowane dzieciaki, że ich bardzo namawiać nie trzeba, a tylko i wyłącznie poprowadzić i czuwać nad ich szkoleniem.

33:48 na tablicy. Czy wynik zmieni sie na Waszą koszyść?

– Na pewno sie zmieni (śmiech). Ale, czy na naszą korzyść – zobaczymy.

Rozmawiała: Emilia Pińkowska

Fot. Daria Jańczyk

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o