Nikt nie ma już co do tego wątpliwości. Boston Celtics są poważnym kandydatem nie tylko do walki o najwyższe laury w Konferencji Wschodniej, ale i o końcowy triumf w wielkim finale NBA. Minionej nocy podopieczni Joe Mazzulli dopełnili dzieła zniszczenia w Kalifornii i doprowadzili do sytuacji, która nigdy nie miała jeszcze miejsca w historii.
Boston Celtics pokonali minionej nocy Golden State Warriors i wygląda na to, że po wpadkach z San Antonio Spurs i Oklahoma City Thunder znów wracają na zwycięską ścieżkę. Ekipa z Massachusetts wygrała trzy kolejne spotkania, ale to nie to przykuwa obecnie największą uwagę.
Chodzi o wyczyn, który podopieczni Joe Mazzulli przypieczętowali minionej nocy zwycięstwem przed własną publicznością. Ich wygrana nad ekipą z San Francisco oznacza, że na przestrzeni całego sezonu 2025/26 Celtowi zaliczyli bilans 8-0 w meczach z zespołami z Kalifornii, czyli wspomnianymi Warriors, a także Los Angeles Lakers, Los Angeles Clippers i Sacramento Kings.
Taka sytuacja ma miejsce po raz pierwszy w historii organizacji. Celtics odnotowali również bilans 10-0 w starciach ze wszystkimi drużynami z Pacific Division, czyli poprzednia grupa czterech zespołów oraz Phoenix Suns, których także pokonali 2-0.
To jednak nie koniec popisów. Dopiero po raz trzeci w historii Boston wygrał wszystkie wyjazdowe spotkania w Kalifornii (4-0), , a średnia różnica punktów w tych spotkaniach wynosiła aż 19,5 na ich korzyść. Oznacza to, że wcześniej dwukrotnie zdarzyło im się wygrywać tam wszystkie mecze, ale w pewnym momencie przegrali przed własną publicznością.
Nie możemy powiedzieć jednak tego samego o całym zachodnim wybrzeżu. Choć pod koniec stycznia Celtics pokonali u siebie Portland Trail Blazers, to w grudniu musieli uznać ich wyższość. Przegrali również jedno z dwóch spotkań z Utah Jazz, czyli ekipą z miasta o podobnej szerokości geograficznej do Phoenix.
To tylko nic nie znaczące ciekawostki. Fakty są natomiast takie, że Jaylen Brown prezentuje się świetnie, Jayson Tatum gra coraz lepiej, a Payton Pritchard daje zabójcze wsparcie z ławki rezerwowych. Coś co jeszcze na początku sezonu wydawało się niemożliwe, za kilka miesięcy może stać się rzeczywistością.










