Berlin zobaczy NBA z bliska jak nigdy wcześniej i nie będzie to pokazówka, tylko zwykły mecz sezonu regularnego. Grizzlies mówią wprost: „przyjechaliśmy tu wygrać i wyjechać z bilansem 2-0”, a po drugiej stronie Niemcy z Magic liczą na atmosferę, której „nie zapomną latami”. W tle jest coś większego, bo NBA chce, by Europa poczuła ligę na ulicach, w hali i w emocjach, czyli dokładnie tak, jak czują to kibice w Stanach Zjednoczonych. Co należy wiedzieć przed rozpoczęciem rywalizacji?
Berlin dostaje w tym sezonie coś, co jeszcze kilka lat temu brzmiało jak abstrakcja. Chodzi o normalny mecz NBA rozgrywany w Niemczech, a nie tylko pokazówkę czy przedsezonowy sparing. Dla Orlando Magic i Memphis Grizzlies ten wyjazd to jednocześnie test sportowy, event wizerunkowy i – co słychać w ich głosach – doświadczenie, które wielu z nich zapamięta na lata. Jedni mówią o konieczności zachowania koncentracji i wywiezienia dwóch zwycięstw, inni o tym, jak wygląda NBA „na żywo” z perspektywy europejskich ulic, a jeszcze inni próbują zdecydować, czy lepsza jest kuchnia meksykańska czy niemiecka.
Memphis nie ukrywają, że przyjechali do Berlina przede wszystkim po wynik. Jaylen Wells, zapytany o balans między „kulturową przygodą” a ratowaniem sezonu, odpowiedział bez owijania w bawełnę: – Jasne… przyjechaliśmy tu wygrać. Obyśmy wyjechali stąd z bilansem 2-0 – podkreślił, po czym dodał, że taki wyjazd ma też drugą stronę, bo potrafi zespół scementować. – To dobry moment na team bonding, doświadczenie innych kultur, takie rzeczy. Trzeba umieć to zbalansować, ale to coś, co robisz przez cały sezon. Masz 82 mecze – nie da się być cały czas w trybie 'tylko koszykówka’ – zauważył.
I właśnie ten balans przebija przez większość wypowiedzi, bo Berlin to miejsce, gdzie NBA chce pokazać się Europie, a zawodnicy mają okazję zobaczyć Europę od środka. Santi Aldama, który sam jest częścią międzynarodowej fali w lidze, mówi o tym wprost i szerzej w kontekście globalnego rozwoju NBA. – Myślę, że to ogromna sprawa. Żyję marzeniem i to pokazuje, że europejscy zawodnicy, choć może nie mieli kiedyś takich możliwości jak Amerykanie przez lata, ale teraz to globalna gra – powiedział Aldama. Dorzucił też coś, co dla NBA jest bezcenne, czyli prawdziwy kontakt zawodników z europejskim kibicem, bez filtra telewizji. – Moi koledzy wiedzą, jak ważna jest NBA w Europie, ale tu mogą to przeżyć z bliska i zobaczyć ludzi na ulicy, ich reakcje, fanów oraz to, jak bardzo jesteśmy pasjonatami koszykówki i NBA.
Berlin jest szczególny także dla człowieka, który na co dzień patrzy na wszystko przez pryzmat taktyki i procesu, czyli trenera Memphis, Tuomasa Lisalo. Dla niego to coś więcej niż kolejny mecz wyjazdowy, bo w jego historii Berlin i Niemcy mają swoje konkretne, wyjątkowe miejsce. – Jest mnóstwo drużyn i trenerów, którzy nigdy nie dostają takiej okazji w całej karierze, więc to duży honor – przyznał Lisalo. Po czym dodał osobisty akcent, który dobrze oddaje klimat tego tygodnia. – To jest wyjątkowe także dla mnie, bo jako dziecko mieszkałem cztery lata w Berlinie, a później pracowałem w Niemczech przez siedem lat. Byłem tu wiele razy, tym bardziej to świetna okazja.
— Mamy trenera, który wywodzi się z Europy, i widać, jak przenosi swój styl pracy do Stanów. To jest inne i potrzeba czasu, żeby to zadziałało. Właśnie to robimy z tą drużyną. Europejska koszykówka wnosi inne podejście i nie możemy się doczekać, żeby zobaczyć tę zmianę — zaznaczył Cedric Coward.
Przechodząc do kwestii sportowych, Grizzlies mają za sobą stosunkowo kiepski okres. Ekipa z Tennessee przegrała sześć z ośmiu ostatnich spotkań, przez co ich bilans pogorszył się do stanu 17-22. To z kolei plasuje ich dopiero na 10. pozycji w tabeli Zachodu, czyli ostatniej premiowanej grą w turnieju play-in. Za ich plecami cały czas znajdują się jednak Los Angeles Clippers (17-23), którzy tylko czekają na wpadkę swojego rywala.
Przyszłość Ja Moranta wciąż stoi pod znakiem zapytania. Na pewno nie zagra w dzisiejszym spotkaniu, ale to wynika ze względów zdrowotnych (uraz łydki). Widać jednak gołym okiem, że rozgrywający nie czuje się już w zespole komfortowo. Grizzlies nie są już jego organizacją, jak miało to miejsce jeszcze kilkadziesiąt miesięcy temu. Bez niego w składzie Grizzlies wygrali w bieżących rozgrywkach 11 z 21 spotkań, z kolei z nim ich bilans to jedynie 6-12.
Po drugiej stronie stoją Orlando Magic, a w ich przypadku Berlin jest jeszcze mocniej o emocjach, bo w składzie mają Niemców, którzy nagle wracają do kraju nie jako nastolatkowie na campie, tylko jako gracze NBA. Tristan da Silva podkreśla to, jak bardzo nienaturalne jest to uczucie i właśnie przez tę „nienaturalność” będzie to wspomnienie na całe życie. – Tak, to jest dziwne uczucie, że gram teraz normalny mecz NBA tutaj, w Niemczech – przyznał. – To może być doświadczenie, które będę cenił przez lata i którego nie zapomnę. Mam nadzieję, że hala będzie wyprzedana i że ludzie będą dopingować, tworząc świetną atmosferę.
— Jestem bardzo podekscytowany, naprawdę nie mogę się doczekać. Myślę, że to będzie świetne doświadczenie, a sama podróż jak dotąd była super. Wczoraj mieliśmy małe wydarzenie z udziałem całej drużyny. Było to takie powitanie dla wszystkich, dla gości, którzy przyjechali, i dla ludzi z organizacji. Myślę, że wszyscy dotarli bezpiecznie, a teraz czas się przygotować. Wciąż jesteśmy w środku sezonu zasadniczego, więc spróbujemy utrzymać ten sam rytm. To zaczyna się jutro wieczorem — podsumował wczoraj da Silva.
Moritz Wagner patrzy na to wydarzenie z jeszcze innej perspektywy. Nie jest to dla niego tylko mecz w Niemczech, ale też symbol tego, jak zmieniła się koszykówka w kraju i jak mocno Niemcy weszły do NBA. – Franz i ja jesteśmy przede wszystkim bardzo wdzięczni, że możemy być częścią fali młodych niemieckich zawodników, którzy coś w tym sporcie osiągnęli – powiedział Wagner. I dodał zdanie, które dobrze nadaje sens całej idei takich wyjazdów. – Sport staje się czymś naprawdę wyjątkowym, kiedy uświadamiasz sobie, że ma wpływ wykraczający poza jednostkę. W tym sensie czujemy się naprawdę uprzywilejowani.
Swoje trzy grosze dorzucił Paolo Banchero i zrobił to w stylu, który zawsze działa w relacjach z takich eventów: mały, codzienny detal, który pokazuje, że zawodnicy naprawdę są z nami na tym samym świecie, a nie tylko w hotelu i hali. Zapytany o porównanie jedzenia w Meksyku i w Niemczech (w kontekście globalnych wyjazdów NBA), Banchero uśmiechnął się i zaczął od pochwały Meksyku. – Restauracja, do której poszliśmy w Mexico City, była niesamowita. Więc chyba muszę spróbować jeszcze jednego wieczoru niemieckiej kuchni, zanim wydam ostateczny werdykt – powiedział, a następnie postawił wstępną diagnozę. – Powiem, że na razie prowadzi jedzenie meksykańskie. Ale pierwszy raz spróbowałem sznycla i był całkiem dobry. Nawet nie wiedziałem wcześniej, jaki on jest.
I w tym wszystkim jest sedno. Berlin to sportowy obowiązek, który trzeba wygrać, ale też spotkanie dwóch światów, NBA i Europy, w jednym miejscu, bez dystansu i bez ekranu. Dla jednych to okazja, by „wyjechać z 2-0”, dla innych szansa, by poczuć, jak reagują ludzie na ulicy, z kolei dla kolejnych moment, który ma znaczenie większe niż statystyki, bo pokazuje, że koszykówka działa jak fala i niesie kolejne pokolenia dalej. Jeśli NBA chciała weekendu, który da się opowiedzieć historią, Berlin dokładnie to dostarcza.
Wszystko to wydaje się niezwykle radosne i pozytywne, ale sytuacja w tabeli ekipy z Florydy do końca już taka nie jest. Oni również balansują na krawędzi i muszą liczyć się ze stałą presją ze strony goniących rywali. Bilans 22-18 daje im 6. lokatę, ale przecież za ich plecami czają się Cleveland Cavaliers (23-19), Miami Heat (21-19) czy Atlanta Hawks (20-22). Działa to jednak w dwie strony, bo ich strata do zajmujących 3. pozycję Boston Celtics to jedynie dwa zwycięstwa. Nieco bardziej odskoczyli Detroit Pistons, którzy z bilansem 28-10 prowadzą na Wschodzie.
Dziesięć ostatnich spotkań Magic to bilans 5-5. Więcej obaw budzi jednak fakt, że zdobywali oni w nich mniej punktów (113,4) niż ich średnia całego sezonu (116,2), jednocześnie tracąc więcej (115,5 do 115,0). W ich składzie na dzisiejszy mecz zabraknie na pewno Jalena Suggsa, który opuścił 12 z 14 ostatnich pojedynków Orlando, a obecnie boryka się z urazem kolana.
— Bardzo się cieszę [że Mo, Franz i Tristan mogą zagrać u siebie]. Szczególnie ze względu na Mo – przez co przeszedł w tym ostatnim roku, walcząc z urazami. No i Franz, który w pewnym momencie wracał po kontuzji. A Tristan… wracasz do swojego kraju, a wszyscy twoi przyjaciele i rodzina mogą zobaczyć cię na żywo w meczu NBA. To pierwszy raz, kiedy NBA gra w tym kraju, więc dla nich możliwość przyjechania i bycia częścią tego pierwszego doświadczenia jest naprawdę mega — dodał Wendell Carter Jr.
Kto ma tego wieczoru większe szanse na zwycięstwo? Eksperci Kto ma tego wieczoru większe szanse na zwycięstwo? Eksperci Superbet faworyta dopatrują się w roli formalnych gospodarzy, czyli Orlando Magic. Kurs na „przyjezdnych” wynosi aż 2.60. Przypominamy, że mecz ten będzie można obejrzeć w polskiej telewizji na antenie TVP Sport.
Na koniec przypominamy, że obie ekipy zmierzą się ze sobą również w nadchodzą niedzielę. Tym razem formalnym gospodarzem będą Grizzlies, ale mecz zostanie rozegrany w Londynie o godzinie 18:00 czasu polskiego.











