Gdy na początku lutego Miami Heat ściągali do siebie Andre Iguodalę, podpisując przy okazji od razu przedłużenie kontraktu, to wiele osób pukało się w głowę. Wszak by pozyskać 36-latka oddali m.in. dużo młodszego i bardziej perspektywicznego Justise’a Winslowa. Ale teraz nikt na Florydzie nie żałuje tamtej decyzji.
Na taki mecz weterana fani Miami Heat czekali od dłuższego czasu. Andre Iguodala w serii przeciwko Boston Celtics na początku grał mało albo wcale, a przez pierwszych pięć meczów zebrał na koncie łącznie zaledwie osiem punktów. Nie na taką pomoc 36-latka liczyli Heat, którzy ściągali Iggy’ego z Memphis, gdzie skrzydłowy grać nie chciał. Wcześniej pozbyli się go Golden State Warriors, z którymi Iguodala zdobył trzy mistrzostwa i pięć razy z rzędu zagrał w finałach.
Ta seria jeszcze potrwa, także za sprawą samego zainteresowanego. Iggy w meczu numer sześć przeciwko Celtics, który dla Heat okazał się być przepustką do finałów, zanotował bowiem swój najlepszy w barwach Miami występ. Zdobył 15 oczek – czyli prawie dwa razy więcej niż we wszystkich poprzednich meczach – trafiając wszystkie pięć rzutów z gry, w tym aż cztery trójki. Znakomicie wykorzystał fakt, że Celtics raz za razem zostawiali go na obwodzie i skarcił ich za takie podejście.
Wśród wciąż aktywnych zawodników tylko LeBron James ma na koncie więcej meczów w fazie play-off niż Iguodala. To doświadczenie zaprocentowało w jednym z najważniejszych momentów w sezonie Heat i fani z Miami mają nadzieję, że 36-latek nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. MVP finałów z 2015 roku może odegrać przeciwko Los Angeles Lakers dużą rolę, a jak przekonali się w niedzielę Celtics, ma on jeszcze trochę paliwa w swoim baku.
Wspieraj PROBASKET
- Historia NBA: Czy Kobe Bryant mógł wtedy rzucić 100 punktów?
- NBA: Byli gracze NBA krytykują trenera Warriors. Czy tak zachowuje się profesjonalista?
- NBA: Berlin i Londyn biją rekordy, ale czy ma to znaczenie dla kibiców NBA w Polsce?
- NBA: Antetokounmpo wściekły na zespół. Uderza w kolegów
- NBA: Niepewna przyszłość Kerra w Warriors. Nerwowe ruchy sztabu










