Środowy wieczór w bostońskiej hali TD Garden przyniósł emocje, których kibice Boston Celtics woleliby uniknąć. Liderzy Konferencji Wschodniej zostali odprawieni z kwitkiem na własnym parkiecie przez Atlanta Hawks, przegrywając 106 do 117. Co prawda wynik sportowy już sam w sobie jest dotkliwy, to jednak tematem numer jeden stały się wydarzenia z trzeciej kwarty, w których główną rolę odegrał trener gospodarzy, Joe Mazzulla.
Punktem zapalnym meczu była kontrowersyjna sytuacja podkoszowa z trzeciej kwarty, w której chaos na parkiecie spotkał się z brakiem gwizdka. Podczas walki o piłkę doszło do niefortunnego zderzenia się ze sobą dwóch graczy Boston Celtics, po czym Onyeka Okongwu zebrał piłkę i próbował wrzucić ją do kosza, co ostatecznie mu się nie udało.
W tym samym momencie Joe Mazzulla najwyraźniej uznał, że sędziowie przeoczyli ewidentne przewinienie przeciwnika. Jak zauważyli komentatorzy relacjonujący spotkanie, 37-latek był wręcz przekonany o faulu i nie chciał przyjąć do wiadomości, że – jak uznali arbitrzy – nic nie było.
To właśnie narastające poczucie niesprawiedliwości sprawiło, że szkoleniowiec, już wcześniej wyraźnie rozwścieczony, postanowił osobiście skonfrontować się z arbitrami. Mazzulla ruszył w stronę środka parkietu, chcąc podważyć decyzję, którą uznał za błędną. Jak się okazało, w tamtej chwili sytuacja stała się niebezpieczna nie tylko dla sędziów, ale również… dla osób postronnych przebywających na ławce Celtics.
Drogę swojemu pryncypałowi zastąpił jeden z jego asystentów i były zawodnik NBA, Sam Cassell. Scena była bezprecedensowa – Mazzulla, próbując skonfrontować się z arbitrami, niemal staranował swojego współpracownika, który nawet mimo to wciąż starał się stanąć mu na drodze. Intensywność całej sytuacji była tak duża, że komentatorzy zaczęli wręcz ostrzegać: – Sam Cassell go powstrzymuje. Uważaj, Sam, ten gość zna jiu-jitsu!
Mazzulla, wykazując się ogromną determinacją i zaskakującą sprawnością, zdołał ostatecznie „wyrwać się z uścisku” Cassella, co tylko jeszcze bardziej podgrzało atmosferę w hali. Chociaż część kibiców spekulowała, że agresywna reakcja trenera mogła być próbą „rozpalenia iskry” w zespole i zmotywowania zawodników do odrabiania strat, czujna postawa asystenta uchroniła wszystkich przed incydentem o znacznie poważniejszych konsekwencjach.
Mimo tego wybuchu emocji, Celtics nie zdołali odwrócić losów spotkania, a furia szkoleniowca zapisała się w pamięci jako symbol bezsilności bostończyków w tamtym meczu. Inna sprawa, żeprzyczyny porażki leżały głębiej. Zespół z Bostonu fatalnie wszedł w mecz, dając się zdominować w pierwszej kwarcie, którą Atlanta Hawks wygrali aż 38:18. Mimo prób odrobienia strat, przyjezdni kontrolowali przebieg spotkania, ostatecznie notując czwarte zwycięstwo z rzędu.
Gospodarzom nie pomogło nawet 21 punktów Jaylena Browna, który standardowo robił, co mógł. Nawet to jednak nie wystarczyło, by zniwelować skutki aż 16 strat,które goście bez większych problemów zamienili na 23 „oczka”. Po tej przegranej bilans Celtics pogorszył się do 29-18, co jeszcze nie jest złym rezultatem – szczególnie w kontekście oczekiwań przedsezonowych – ale już stawia sztab szkoleniowy przed trudnymi pytaniami o stabilność formy zespołu.
Co do samego incydentu z udziałem szkoleniowca, reakcje fanów są raczej podzielone. Podczas gdy niektórzy doceniają pasję trenera, inni wskazują na negatywny wpływ takich zachowań na zespół. Pojawiły się również głosy sugerujące, że frustracja 37-latka wynikała bezpośrednio z bezradności jego podopiecznych na parkiecie. Bez względu na interpretację, Mazzulla pokazał oblicze człowieka, który nie cofnie się przed niczym w obronie swoich racji, nawet jeśli oznacza to fizyczne starcie z własnym asystentem.
Czy słuchałeś już nowego odcinka podcastu PROBASKET?










