Ostatni mecz pomiędzy Houston Rockets a Washington Wizards stał się areną nie tylko sportowych popisów, ale i narastających kontrowersji, które zdominowały późniejsze komentarze. Deni Avdija, grając przeciwko ekipie z Houston, rozegrał partię, która na długo zapadnie w pamięć kibicom oraz sztabowi szkoleniowemu rywali. Zdobywając 41 punktów, stał się centralną postacią widowiska, ale to nie jego rzuty z gry stały się zarzewiem konfliktu, lecz częstotliwość, z jaką pojawiał się na linii rzutów wolnych.
Dominacja Deniego Avdiji w polu trzech sekund była w tym meczu niemal absolutna, co zmusiło obrońców Houston Rockets do wielokrotnego uciekania się do przewinień. Zawodnik Portland Trail Blazers oddał 15 rzutów wolnych, trafiając aż 13 z nich, co wpisuje się w jego szerszą, imponującą tendencję w tym sezonie – obecnie notuje on średnio 10 prób z linii na mecz. Taka efektywność w wymuszaniu fauli wywołała widoczną frustrację w obozie przeciwnika nawet jeszcze w czasie, gdy rywalizacja na parkiecie trwała w najlepsze.
– Jest czwarty w NBA pod względem liczby rzutów wolnych. Dziś ma ich już dziesięć na swoim koncie. To w tej chwili jest wręcz diaboliczne – zauważył Royal Ivey, jeden z asystentów w sztabie szkoleniowym przyjezdnych. Te słowa najlepiej oddają bezsilność, z jaką mierzyli się zawodnicy z Teksasu, próbując powstrzymać ofensywne rajdy lidera przeciwników, które systematycznie kończyły się gwizdkami sędziów.
Po zakończeniu spotkania emocje w szatni gości wcale nie opadły, a można powiedzieć, że wręcz przybrały na sile. Tari Eason, pytany o to, co sprawia, że Avdija jest tak trudny do upilnowania w defensywie, udzielił odpowiedzi, która błyskawicznie obiegła media sportowe. Zamiast skupić się na umiejętnościach technicznych czy fizyczności rywala, skrzydłowy Rockets wskazał na inny czynnik, używając popularnego w NBA określenia na sędziów.
– Zebry. Zebry. Zebry. To one sprawiły, że Deni był nie do zatrzymania – skwitował krótko 24-latek, a te słowa nie pozostawiają wątpliwości: w jego ocenie kluczowe znaczenie miały nie umiejętności reprezentanta Izraela, lecz decyzje arbitrów, które skutecznie paraliżowały obronę. Chociaż 41 punktów zapisane w protokole robi wrażenie, dla zespołu z Houston to spotkanie zapisze się jako walka nie tylko z rywalem, ale również z – ich zdaniem – sędziowskimi werdyktami, nadającymi meczowi wręcz „diaboliczny” charakter.
Pytanie tylko, czy opinia Easona się w jakikolwiek sposób broni. To, że decyzje panów i pań z gwizdkiem już od dłuższego czasu bywają określane mianem co najmniej kontrowersyjnych, wiadomo nie od dziś. Jednak to nie od samego zawodnika zależy, czy faul na nim zostanie odgwizdany, czy też nie. Abstrahując jednak od tego, w rzeczonym starciu z Houston Deni oddał aż 15 prób z linii rzutów wolnych, z czego 13 udanych, i to nie ulega wątpliwości. Warto jednak dodać, że na 24 oddane rzuty z gry, trafił aż 13 (skuteczność – 54,2%), co jest dla niego najlepszym wynikiem w obecnym sezonie. W sumie zakończył wygrany mecz z dorobkiem 41 punktów, dokładając do tego sześć zbiórek, dwie asysty i przechwyt.
Zgoda – można się czepiać, że skrzydłowy Blazers oddaje średnio 9,9 rzutu wolnego na mecz, z czego 7,9 trafia, ale pod tym względem znajdą się w lidze lepsi. Przykład pierwszy z brzegu? Luka Doncić. Gwiazdor Los Angeles Lakers jest zdecydowanym liderem NBA w kategorii prób z linii na mecz (12,1, w tym 9,6 celnych), a jemu nikt nie zarzuca bycia faworyzowanym przez sędziów. Wręcz przeciwnie – sam zainteresowany wielokrotnie wyrażał frustrację decyzjami arbitrów po porażkach, określając prowadzenie gry jako „niesprawiedliwe” czy „nie fair”. To jednak temat na inny artykuł.
Wracając do Avdiji, przesadą nie będzie stwierdzenie, że rozgrywa sezon życia. Najprościej byłoby napisać, że jak do tej pory wystąpił w 38 spotkaniach, notując w nich średnio 26,3 punktu, 7,2 zbiórki i 7 asyst na mecz przy dobrej skuteczności (47,1% z gry, w tym 35,9% zza łuku). Ale to nie oddaje pełni jego wpływu na grę zespołu.
Z każdym kolejnym spotkaniem skrzydłowy coraz wyraźniej wyrasta na centralną postać ofensywy Portland. Avdija buduje swoją przewagę na agresywnych, dynamicznych wejściach pod kosz, dzięki którym regularnie przedziera się w pole trzech sekund i seryjnie prowokuje przewinienia rywali. Ta bezpośrednia gra otworzyła mu także nowe możliwości jako kreatorowi — potrafi znaleźć partnerów, obsłużyć ich lobem i podejmować właściwe decyzje pod presją. Trafia z dystansu, konsekwentnie rozwija rzut z półdystansu, a w decydujących fragmentach bierze odpowiedzialność na siebie, nawet gdy defensywa skupia się wyłącznie na nim. To on dźwiga dziś Blazers, a jego forma sprawia wrażenie niemal nie do powstrzymania. Zresztą z trybun już czasem słychać kierowane w jego stronę okrzyki „M-V-P!”.
– To są rzeczy, które słyszysz w NBA 2K, kiedy rzucasz 60 punktów. Fajnie zobaczyć to w prawdziwym życiu i poczuć, jak bardzo Portland cię kocha. W każdym meczu gram na sto procent. Poświęcam swoje ciało, gram mimo urazów, bez snu. A zobaczyć, że kibice darzą mnie taką sympatią i przyjmują mnie z otwartymi ramionami, to coś niesamowitego dla każdego zawodnika – powiedział już po meczu były gracz Washington Wizards.
O ile to (jeszcze?) nie ten czas, by 25-letni skrzydłowy sięgnął po najważniejsze z ligowych wyróżnień indywidualnych, tak wiele wskazuje na to, że jego pierwszy w karierze udział w Meczu Gwiazd może być tylko formalnością. Gdy liga opublikowała drugie podsumowanie kibicowskich głosów, Avdija zajął siódme miejsce na Zachodzie, wyprzedzając między innymi bardziej uznanych i doświadczonych kolegów po fachu, jak LeBron James, Kevin Durant, James Harden, Kawhi Leonard, Anthony Davis czy Devin Booker. Wiadomo – to jeszcze nie musi o niczym świadczyć, ale mamy tu idealny przedsmak tego, jak kibice koszykówki zaczynają doceniać tego zawodnika. A w jego przypadku to może być dopiero początek.










