By odnieść sukces, czas wystarczy znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie. Coś o tym wie Jeremy Lin, który napisał jeden z najbardziej niezwykłych rozdziałów w historii NBA. Zawodnik, który został pominięty w drafcie, z dnia na dzień stał się globalną sensacją, a kulturowe zjawisko znane pod nazwą „Linsanity” opanowało świat, co zaowocowało niebagatelnym wpływem na fanów, media i drogę kolejnych zawodników z Azji do najlepszej ligi świata. Chociaż jego czas w świetle reflektorów trwał krótko, wystarczył, by udowodnić, że w sporcie czasem niemożliwe staje się możliwe.
Niestety, żadna kariera nie może trwać wiecznie. Najwidoczniej Amerykanin tajwańskiego pochodzenia doszedł do podobnych wniosków, ponieważ w sobotę ogłosił zamiar zakończenia kariery. Zawodnik, który ostatnio reprezentował barwy tajwańskiej drużyny New Taipei Kings podzielił się tą wiadomością za pośrednictwem własnych mediów społecznościowych. Szczeremu i pełnemu emocji wpisowi towarzyszył również montaż najważniejszych momentów kariery Jeremy’ego Lina, w tle wzbogacony głosem członków jego rodziny, życzących mu szczęśliwej emerytury.
– Jako sportowcy zawsze mamy świadomość, że perspektywa zakończenia kariery nigdy nie jest odległa. Spędziłem 15 lat, wiedząc, że pewnego dnia będę musiał odejść, a jednak powiedzenie koszykówce „Żegnaj” właśnie dziś okazało się najtrudniejszą decyzją, jaką kiedykolwiek podjąłem. Było zaszczytem mojego życia rywalizować z najgroźniejszymi przeciwnikami w blasku najjaśniejszych świateł i podważać to, co świat uważał za niemożliwe dla kogoś, kto wygląda tak jak ja. Spełniłem swoje najśmielsze dziecięce marzenia, grając przed fanami na całym świecie. Na zawsze pozostanę tym chłopakiem, który czuł, że naprawdę żyje, za każdym razem, gdy dotykał piłki do koszykówki – napisał 37-latek.
Powiedzieć, że niewiele brakowało, by jego profesjonalna kariera zakończyła się zanim w ogóle się na dobre rozpoczęła, to nic nie powiedzieć. Urodzony w Torrance, w rejonie San Francisco w amerykańskiej rodzinie tajwańskiego pochodzenia Lin nigdy nie otrzymał propozycji sportowych stypendiów, jednak załapał się na Harvard, należącą do Ligi Bluszczowej (Ivy League) uczelnię znaną z wysokiego poziomu nauczania, ale niekoniecznie ze sportu, w tym koszykówki.
To nie przeszkodziło jednak Jeremy’emu, by pokazywać się z jak najlepszej strony również na parkiecie. Dość powiedzieć, że trzykrotnie był wybierany do drużyny All-Ivy League. Ponadto w swoich dwóch ostatnich sezonach akademickich notował średnio 17,1 punktu i 2,4 przechwytu na mecz przy skuteczności z gry wynoszącej 51%. To jednak było za mało. Skauci NBA widzieli w nim tylko, cytując „The New York Times”, „inteligentnego rozgrywającego z niedopracowanym rzutem i szczupłą sylwetką, który może nie mieć wystarczającej siły i atletyzmu, by bronić, kreować własny rzut czy kończyć akcje pod koszem w NBA”.
Draft przeszedł mu koło nosa, jednak Lin załapał się na rozgrywki Ligi Letniej, gdzie występował w barwach Dallas Mavericks. W pięciu meczach, grając na obu pozycjach obwodowych, zapisywał na swoje konto 9,8 punktu, 3,2 zbiórki i 1,8 asysty, trafiając 54,5% wszystkich rzutów z gry – najlepszy wynik w drużynie. To sprawiło, że otrzymał oferty od Mavericks, Los Angeles Lakers czy najbliższych mu Golden State Warriors, z którymi podpisał dwuletnią umowę, częściowo gwarantowaną na sezon 2010-11 i z opcją drużyny na drugi rok.
Trudno jednak powiedzieć, by powracający niejako w rodzinne strony koszykarz dawał powody, by na niego postawić. Nie mogąc wygryźć ze składu Stephena Curry’ego czy nawet Monty Ellisa, grywał rzadko, w 29 występach notując zaledwie 2,6 punktu i 1,4 asysty. Zgodnie z azjatycką mentalnością nie zamierzał się jednak poddawać, wierząc, że jego czas jeszcze nadejdzie.
I tak się stało, nawet jeśli nie od razu. Podczas offseason Jeremy pracował nad sobą, szlifując umiejętności, co zauważyli New York Knicks. Gdy pod koniec grudnia kontuzje w drużynie zaczynały się nawarstwiać, postanowiono pozyskać Lina z listy transferowej. Wszyscy spodziewali się jednak, że będzie to raczej zawodnik z końca ławki, wchodzący na parkiet tylko „w razie czego” tudzież w „garbage time”.
Na początku rzeczywiście tak było, jednak gdy wyniki drużyny nie ulegały poprawie, tuż przed meczem z New Jersey Nets w lutym 2012 roku trener Mike D’Antoni postanowił spróbować zagrywki w iście pokerowym stylu, dając naszemu bohaterowi szansę na prawdziwe minuty gry. Jeremy odwdzięczył się szkoleniowcowi za zaufanie, w wygranym 99:92 spotkaniu notując 25 punktów, pięć zbiórek i siedem asyst przy skuteczności 10/19.
To właśnie ten mecz można nazwać jako oficjalny początek fenomenu później określanego mianem „Linsanity”. Z jedenastu występów, jakie zaliczył w lutym 2012 roku „zasiadając za kierownicą” drużyny, Knicks wygrali aż dziewięć, a sam zainteresowany zapisywał na swoje konto średnio 23,9 punktu i 9,2 asysty przy znakomitej, 50%-owej skuteczności. Lin przeszedł wówczas od spania na kanapie w mieszkaniu kumpla do bycia największą atrakcją Wielkiego Jabłka, a niektórzy (konkretnie – dziennikarze „The New York Times”) zaczęli się zastanawiać, czy nie był „największym szczęśliwym trafem” drużyny od momentu… wyboru Patricka Ewinga w drafcie w 1985 roku.
Jeremy stał się globalnym fenomenem, przy okazji zapisując się w annałach NBA jako pierwszy zawodnik w historii, który w swoich pierwszych pięciu meczach w wyjściowej piątce zdobywał co najmniej 20 punktów i 7 asyst. Właściwie z dnia na dzień został ikoną kultury, której historia wykraczała daleko poza sport i przełamywała rasowe stereotypy, pokazując przy tym graczom z Azji (lub o azjatyckich korzeniach), że można. Niestety, jego pobyt na szczycie miał już nie potrwać długo.
W marcu Knicks zdecydowali się zwolnić D’Antoniego. Zatrudniony w jego miejsce Mike Woodson preferował inny styl gry, a w dodatku Linowi przypałętała się kontuzja. 24 marca, po starciu z Detroit Pistons, zgłosił ból kolana, a badania wykazały uszkodzenie łąkotki. Zdecydowano się na operację, przez co Jeremy musiał opuścić resztę sezonu zasadniczego. Wprawdzie Knicks, którzy z bilansem 36-30 zdołali zająć siódme miejsce na Wschodzie awansowali do play-off, jednak bez swojego lidera odpadli już w pierwszej rundzie, przegrywając w pięciu meczach z późniejszymi mistrzami, Miami Heat. Zawodnikowi na osłodę zostało szóste miejsce w głosowaniu na zawodnika, który zrobił największy postęp.
Wspomniany uraz właściwie był początkiem końca „Linsanity”. Włodarze drużyny wręcz zachęcali Lina do szukania innych ofert, ale równocześnie mieli nadzieję na jego powrót na niezbyt wygórowanych warunkach. ESPN podawało, że Knicks mają wyrównać każdą ofertę „do 1 miliarda dolarów”, jednak gdy przyszła propozycja trzyletniej, wartej w sumie 25 milionów dolarów umowy od Houston Rockets, ku ogólnemu zaskoczeniu zwyczajnie odpuścili.
W Teksasie Lin spędził dwa sezony, jednak nigdy nie został aż tak centralną postacią zespołu, jak to miało miejsce w Nowym Jorku. Dodatkowa presja spowodowana również sutym kontraktem sprawiła, że był nieco przytłoczony i nie potrafił rozwinąć skrzydeł. Zresztą i tak w Houston każdy wiedział, czego można się po nim spodziewać, podczas gdy wcześniej, jako „zawodnik znikąd” był swoistą niespodzianką. W trykocie Rockets dalej był solidnym i wartościowym zawodnikiem, ale nie powtórzył wcześniejszego etapu swojej kariery.
W późniejszym czasie grał także w Lakers, Charlotte Hornets, Brooklyn Nets i Atlanta Hawks, zaś ostatnio na parkietach NBA widziany był w sezonie 2018-19, gdy wraz z Toronto Raptors sięgnął po tytuł mistrzowski, nawet jeśli nie był graczem pierwszego wyboru. Po wyjeździe z Kanady kontynuował karierę za granicą, grając w Chinach i na Tajwanie. Wciąż miał nadzieję na kolejny powrót do najlepszej ligi świata, jednak szansa nigdy nie nadeszła. I tak zdołał jednak zaliczyć 480 występów, notując średnio 11,6 punktu, 2,8 zbiórki, 4,3 asysty i 1,1 przechwytu.
Wprawdzie Jeremy Lin nigdy nie został wielką gwiazdą NBA, a przynajmniej nie na dłużej, ale w jego przypadku chodzi o coś więcej. Jego kariera zawsze będzie pamiętana – za odważne podejście, wysublimowaną grę ofensywną i niespodziewany awans na szczyt sławy. Nawet jeśli nie trwał długo, fenomen „Linsanity” będzie żył wiecznie, nawet już po zawieszeniu butów na kołku przez jego głównego bohatera. W dużej mierze to dzięki niemu swoją szansę mogą teraz dostać zawodnicy typu wybranego w tegorocznym drafcie Hansena Yanga.
– Tak wiele osób poświęciło się i włożyło serce w moją drogę, bardziej, niż kiedykolwiek będę mógł im się za to odwdzięczyć. Dziękuję wam wszystkim za wiarę we mnie, za to, że podążaliście razem ze mną, za świętowanie moich sukcesów i podnoszenie mnie w chwilach słabości. To była podróż, której nigdy nie chciałem kończyć, ale wiem, że nadszedł czas. Na zawsze będę tęsknił za grą w koszykówkę przed wami, ale nasz czas nie ogranicza się tylko do boiska. Oby przyszłość przyniosła kolejne piękne chwile – podsumował swoją decyzję Lin.
Czy wiesz, że PROBASKET ma swój kanał na WhatsAppie? Kliknij tutaj i dołącz do obserwowania go, by nie przegapić najnowszych informacji ze świata NBA! A może wolisz korzystać z Google News? Znajdziesz nas też tam, zapraszamy!