Dziś Madison Square Garden znów żyje wizją mistrzostwa, natomiast jeszcze kilka lat temu celem były… porażki. W sezonie 2018–19 przegrywanie miało w Nowym Jorku konkretny cel – jak najwyższy wybór w drafcie i przyspieszoną odbudowę opartą także na ściągniętych na zasadzie wolnego transferu supergwiazdach w osobach Kevina Duranta i Kyriego Irvinga. David Fizdale, który był szkoleniowcem tamtej ekipy, a jednocześnie twarzą ówczesnego planu, po latach zdecydował się ujawnić kulisy kampanii, w której wynik schodził na dalszy plan.
Kiedy w maju 2018 roku David Fizdale zastępował w roli trenera New York Knicks Jeffa Hornacka, otrzymał w spadku zespół będący w totalnej rozsypce. Kristaps Porzingis leczył zerwane więzadła krzyżowe, a trzon drużyny stanowili – nikomu nic nie umniejszając – zawodnicy tacy jak Tim Hardaway Jr. czy Enes Kanter. W niedawnym występie w programie „Run It Back” na kanale FanDuel TV, 51-latek, do niedawna pracujący jako asystent w sztabie Phoenix Suns przyznał, że od początku istniał odgórny plan, na który on sam wyraził zgodę. Celem było uzyskanie jak najwyższego wyboru w drafcie, co dziś w NBA określa się mianem niesławnego tankowania.
– Byłem w pełni zaangażowany i wierzyłem, że to właściwa droga… Po prostu nie przyniosło to efektów. Specjalnie przegrywaliśmy te wszystkie cholernie trudne mecze, poświęcając swój bilans, żeby zdobyć Ziona Williamsona lub Ja Moranta – wyznał Fizdale.
Ówczesne kierownictwo, na czele z prezesem Steve’em Millsem i generalnym menedżerem Scottem Perrym, najwyraźniej liczyło, że fatalne wyniki pozwolą na pozyskanie w mocno obsadzonym naborze Ziona Williamsona lub Ja Moranta. Ostatecznie plan ten zakończył się niepowodzeniem – po zakończeniu rozgrywek na 15. miejscu na Wschodzie Knicks wylosowali trzeci numer draftu, z którym wybrali RJ’a Barretta, podczas gdy wyżej wymienieni trafili odpowiednio do New Orleans Pelicans i Memphis Grizzlies.
Nikt wewnątrz organizacji z Wielkiego Jabłka nie ukrywał, że złe wyniki sportowe w zakończonym katastrofalnym bilansem 17–65 sezonie 2018-19, miały być jedynie środkiem do celu. Według Fizdale’a, władze klubu były niemal pewne, że nadchodzące lato zmieni wszystko za sprawą wolnych agentów. W kuluarach Madison Square Garden wierzono, że do Nowego Jorku trafią największe gwiazdy ligi, jak na przykład Kevin Durant czy Kyrie Irving.
– Tego lata w klubie można było odnieść wrażenie, iż KD i Kyrie z pewnością do nas dołączą i nie ma innej opcji. Ostatecznie nic z tego nie wyszło – zauważył były już trener NYK.
Co gorsza, obaj zawodnicy zdecydowali się na podpisanie kontraktów z lokalnym rywalem – Brooklyn Nets. Zamiast supergwiazd, Knicks musieli tymczasem zadowolić się podpisaniem kontraktów z solidnymi, ale ostatecznie będącymi bez większego znaczenia w kontekście przyszłości klubu weteranami, takimi jak Julius Randle, Marcus Morris, Bobby Portis czy Taj Gibson.
Sezon 2019-20, który w zamierzeniu miał być nowym otwarciem, szybko zamienił się w kolejny koszmar. Fizdale dysponował składem, w którym można było znaleźć utalentowanych zawodników, ale nie przekładało się to na spójną koncepcję ani tożsamość. Na boisku dochodziło do konfliktów interesów, a nadmiar graczy na podobnych pozycjach nie sprzyjał budowaniu chemii.
– Patrząc na ten skład jako całość, widziałeś solidnych zawodników. Problem w tym, że razem na parkiecie nie tworzyli spójnej całości – tłumaczył Fizdale.
Przygoda 51-latka w Nowym Jorku zakończyła się nagle po zaledwie 22 meczach tamtego sezonu, przy bilansie 4–18. Jego ostateczny rekord w Knicks wyniósł 21–83, co stanowi najniższy procent zwycięstw w historii tej legendarnej organizacji. Z perspektywy czasu trener przyznał, że dzisiaj postąpiłby inaczej. Wyraził żal, że zgodził się na systematyczne przegrywanie kosztem swojej reputacji.
– Dziś wiem, że powinienem mocniej walczyć o możliwość budowy zespołu od podstaw, zamiast poświęcać sezon w tabeli. Dla trenera zgoda na tankowanie to gorzka pigułka. A jeśli już ją połykasz, musi to mieć sens — musi prowadzić do realnej przyszłości – podsumował swoją ówczesną decyzję.
Chociaż era pod wodzą Davida Fizdale’a jest wspominana jako jeden z najciemniejszych okresów w nowoczesnej historii NYK, on sam twierdzi, że to doświadczenie uczyniło go lepszym trenerem. Paradoksalnie, jak pokazała przyszłość, porażki wówczas odniesione stały się fundamentem, na którym – poprzez inne decyzje kadrowe i wymiany – zbudowano dzisiejszą potęgę zespołu, która obecnie z optymizmem patrzy w stronę fazy play-off, a może nawet Finałów NBA.










