W świecie NBA, gdzie fizyczność spotyka się z finezją, debata na temat definicji „brudnej gry” rozgorzała na nowo, a jej głównym prowokatorem stał się nie kto inny jak Draymond Green. Lider Golden State Warriors, sam będący postacią budzącą skrajne emocje, postanowił publicznie napiętnować nową falę zawodników z Europy, ze szczególnym uwzględnieniem zawodnika Miami Heat, Pelle Larssona. Ironia tej sytuacji nie umknęła jednak uwadze obserwatorów, zwłaszcza w kontekście ostatnich wydarzeń na parkiecie, które stawiają wiarygodność Greena pod dużym znakiem zapytania.
Podczas niedawnego odcinka swojego autorskiego podcastu „The Draymond Green Show”, gwiazdor Golden State Warriors odniósł się do serii incydentów z udziałem Pelle Larssona, który w krótkim czasie zdołał sprowokować do przewinień technicznych takie gwiazdy jak Devin Booker czy DeMar DeRozan. Analizując postawę Szweda, Draymond Green wysunął śmiałą tezę na temat graczy ze Starego Kontynentu, nie powstrzymując się przy tym od generalizacji.
– Pelle Larsson był w tym tygodniu w centrum uwagi. Starł się z Bookerem, potem z DeMarem. Grałem przeciwko wielu Europejczykom. Często uciekają się do zagrywek na pograniczu faulu – zauważył weteran NBA. Dodał przy tym, że jeśli koszykarz Miami Heat będzie dalej prezentował taką postawę, musi się liczyć z jej skutkami, mówiąc: – Jeśli decydujesz się na taki styl gry, musisz być konsekwentny, bo prędzej czy później inni zaczną odpowiadać tym samym, a wraz z tym dostajesz łatkę, którą trudno później odkleić.
Zdumiewające dla wielu komentatorów jest nie tyle samo oskarżenie rzucone w stronę graczy z Europy, co raczej sposób, w jaki Green postrzega samego siebie. Mimo licznych zawieszeń i incydentów, które stały się niemal znakiem rozpoznawczym jego kariery, 35-latek próbował stanowczo się odciąć od etykiety zawodnika grającego nieczysto.
– Ludzie się na mnie wkurzają i mówią: „Eee, Draymond gra nieczysto!” A ja powtarzam – Draymond nie jest „brudnym” graczem. Draymond po prostu potrafi was zniszczyć. Nie gram nieczysto. Nie stosuję zagrywek poniżej pasa. Grałem dla Toma Izzo [na uniwersytecie Michigan State – przyp. aut.), gdzie coś takiego by nie przeszło. Nie ma w NBA zawodnika, który mógłby powiedzieć, że Draymond przekracza granice na parkiecie – przekonywał Dray.
Tego typu wypowiedź stoi jednak w jaskrawej sprzeczności z faktami z ostatnich lat, takimi jak duszenie Rudy’ego Goberta, uderzenie Jusufa Nurkicia czy nadepnięcie na Domantasa Sabonisa. Każdy z tych zawodników, co warto podkreślić, pochodzi właśnie z Europy, co zdaniem części mediów może sugerować uprzedzenia rasowe lub narodowościowe ze strony skrzydłowego Warriors.
Tymczasem najsilniejszy argument obalający tezę Draya o jego „czystej grze” został dostarczony przez jego samego podczas niedzielnego starcia z Dallas Mavericks. W ciągu zaledwie pół minuty 35-latek dopuścił się dwóch brutalnych fauli, które zmusiły sędziów do wielokrotnego sprawdzania powtórek wideo. Szczególnie rażące było uderzenie Dwighta Powella w okolicę splotu słonecznego, które po analizie zostało zakwalifikowane jako przewinienie niesportowe („flagrant foul„).
Zamiast jednak przyjąć decyzję z pokorą, Green wdał się w emocjonalną dyskusję z arbitrem głównym, Courtneyem Kirklandem. Oburzenia jego postawą nie kryli nawet komentatorzy, mówiąc na przykład: – Takie zachowanie wobec sędziego jest zbędne. (…) Istnieje granica, której nie powinno się przekraczać, jeśli chodzi o szacunek dla arbitrów.
Tymczasem Draymond, kończąc mecz z pięcioma faulami i przedwcześnie zdejmując meczową koszulkę, po raz kolejny udowodnił, że jego definicja „twardej gry” niebezpiecznie ociera się o zachowania, które sam piętnuje u innych. Klasyczny przykład powiedzenia „Przyganiał kocioł garnkowi, a sam smoli.”
Podczas jednak gdy Green skupia się na krytyce, na Florydzie rośnie nowa siła. Przywoływany wcześniej Larsson, mimo domniemanego statusu „prowokatora”, nieco znienacka stał się kluczowym elementem rotacji Heat. Statystyki nie kłamią – gdy Szwed wychodzi w pierwszej piątce, zespół z Florydy legitymuje się bilansem 14-9. W meczach, w których zasiadał na ławce, dorobek jego drużyny wygląda już gorzej – 9-12.
Sam zainteresowany zresztą z dużym dystansem podchodzi do zamieszania, jakie mogła wywołać jego postawa. Po incydencie z DeRozanem, który zakończył się wyrzuceniem gwiazdy Sacramento Kings z boiska, Larsson stwierdził krótko: – Nie padły z mojej strony żadne prowokacje. Jedynie powtórzyłem jego słowa. To była tylko koszykówka.
Wracając jednak do meritum, między deklaracjami Greena a jego zachowaniem istnieje rażąca sprzeczność. Oskarżając Europejczyków o „brudne sztuczki”, sam od lat stosuje zagrania, które kończą się zawieszeniami i realnie szkodzą jego drużynie. W coraz bardziej globalnej NBA taka retoryka działa na jego niekorzyść. Tym bardziej że cechy, które piętnuje u innych, najczęściej widać w jego własnej grze.










