Jeremy Lin, który przez dziewięć sezonów występował w NBA, opowiedział historię, która dziś pewnie mało kogo tak naprawdę zaskakuje. A jednak, gdy takie słowa padają z ust byłego zawodnika, to wciąż potrafią podnieść ciśnienie. W podcaście Dwighta Howarda emerytowany już zawodnik przyznał, że doskonale pamięta mecz, w którym grał bardzo dobrze, ale mimo to nie pojawił się na parkiecie ani w czwartej kwarcie, ani w dogrywce. Wszystko po to, by jego drużyna przegrała. Celem było tankowanie, a nie ustawianie wyniku w klasycznym sensie tego słowa, ale i tak trudno przejść obok takich historii obojętnie. NBA od lat próbuje ograniczać podobne praktyki i niedawno ukarała Utah Jazz grzywną w wysokości 500 tysięcy dolarów za to, że trener posadził czołowych zawodników na ławce w czwartej kwarcie meczu, choć zespół prowadził i realnie walczył o zwycięstwo.
Jeremy Lin wrócił do tej historii po latach z perspektywy zawodnika, który znał ligę od środka i widział z bliska jej mniej romantyczną stronę. Bądź co bądź spędził w NBA długie lata i poznał doskonale wiele aspektów, o których my, z perspektywy kibica czy czytelnika amerykańskich portali, możemy jedynie rozmyślać. Nie podał nazwy klubu, nie wskazał palcem konkretnego trenera, ale opis sytuacji był na tyle szczegółowy, że trudno było nie zrozumieć, o co tak naprawdę chodziło.
Po trzech kwartach w jednym ze spotkań miał on na swoim koncie około 20 punktów i 10 asyst lub zbiórek, a jego drużyna prowadziła kilkunastoma punktami, więc wszystko układało się pomyślnie. Wtedy jednak właśnie został zatrzymany. „Nie będę wymieniał organizacji z nazwy, bo nie chcę nikogo wystawiać do wiatru, ale był jeden konkretny mecz, w którym naprawdę to do mnie dotarło” — zaczął swoją opowieść Lin. „Po trzech kwartach miałem 20 punktów i 10 zbiórek albo asyst. Prowadziliśmy różnicą piętnastu czy osiemnastu oczek. W czwartej kwarcie i dogrywce nie zagrałem ani sekundy”.
To nie sama decyzja o posadzeniu go na ławce brzmi tutaj najmocniej, ale powód, który miał za nią stać. Lin wspominał, że spojrzał wtedy na asystenta trenera, próbując zrozumieć, co się tak właściwie dzieje. Nie był kontuzjowany, nie grał źle, nie potrzebował odpoczynku. Wręcz przeciwnie, rozgrywał jeden z najlepszych wieczorów. Odpowiedź, którą usłyszał, miała zostać z nim na długo.
— „Patrzę na asystenta trenera, obserwuję, jak nasza przewaga topnieje. Grałem na poziomie, który pozwalał mi mieć naprawdę dobry mecz, a on mówi: ‘Tak, dostaliśmy telefon z góry, na dziś jesteś skończony’”. Lin dodał, że podobny los spotkał jeszcze jednego zawodnika z jego drużyny, który po trzech kwartach miał około 25 punktów. „Ja i inny zawodnik, on po trzech kwartach miał 25 punktów, obaj dostaliśmy informację: ci dwaj, koniec. I przegraliśmy po dogrywce”.
W tych kilku zdaniach zawiera się właściwie cały mechanizm tankowania w jego najbardziej brutalnej wersji. Nie chodzi o to, że zawodnicy wychodzą na parkiet z zamiarem przegrania meczu. Nie chodzi też o klasyczne „ustawianie” spotkań. W NBA tankowanie działa inaczej. To klub, sztab albo szerzej rozumiana organizacja podejmuje decyzje, które nie służą zwycięstwu danego wieczoru, tylko długofalowemu interesowi związanemu z draftem, przebudową albo pozycją w tabeli. Zawodnik robi swoje, rywalizuje, daje drużynie przewagę, ale w pewnym momencie okazuje się, że wygrana nie jest pożądanym wynikiem. Wtedy na pierwszy plan wychodzi chłodna kalkulacja. I właśnie dlatego słowa o „telefonie z góry” wybrzmiewają tak mocno, bo pokazują moment, w którym sport przegrywa z planem organizacyjnym.
Lin nie wskazał konkretnej drużyny, ale siłą rzeczy natychmiast ruszyły spekulacje, o który moment w jego karierze mogło chodzić. Najczęściej pojawiają się dwa tropy: Los Angeles Lakers z sezonu 2014/15 albo Brooklyn Nets z sezonu 2016/17. Oba scenariusze są logiczne, bo w obu przypadkach mówimy o zespołach funkcjonujących w realiach głębokiej przebudowy, przy których zwycięstwa w końcówce sezonu nie zawsze były mile widziane.
W przypadku Lakers tamtego okresu od lat wraca temat dziwnych rotacji i zaskakujących decyzji personalnych, które trudno było tłumaczyć wyłącznie względami sportowymi. Z kolei Nets byli wówczas drużyną pogrążoną w kryzysie po wcześniejszych błędach kadrowych, próbującą jakoś wydostać się z dołka, a Lin należał wtedy do nielicznych graczy zdolnych realnie podnieść poziom zespołu.
To właśnie ekipa Nowojorczyków z sezonu 2016/17 wydaje się dla wielu najbardziej naturalnym kierunkiem interpretacji tej historii. Nets zakończyli tamte rozgrywki bilansem 20–62, a Lin, kiedy tylko był zdrowy, potrafił wyglądać jak pełnoprawny lider ataku. Problem polegał na tym, że dla drużyny w takim położeniu każdy zryw w stronę zwycięstw mógł być kłopotliwy z perspektywy szerszej strategii. Jeśli do tego dodać drugiego zawodnika, który „miał około 25 punktów” po trzech kwartach, łatwo zrozumieć, dlaczego w spekulacjach przewija się choćby nazwisko Brooka Lopeza. Nie ma jednak twardego dowodu, że chodziło właśnie o Nets. I to warto podkreślić, bo sam Lin celowo zostawił tę historię niedopowiedzianą.
Możliwe zresztą, że właśnie ta niedopowiedziana forma czyni ją jeszcze bardziej wymowną. Nie chodzi tu przecież wyłącznie o jeden mecz, jedną drużynę czy jednego trenera. Chodzi o system, który od lat jest w NBA obecny i który liga próbuje ograniczać, choć nigdy nie zdołała go wyplenić. Tanking nie zaczął się wczoraj i nie skończy się jutro. To zjawisko wpisane w logikę ligi, w której wysoki wybór w drafcie może zmienić przyszłość klubu bardziej niż kilka wygranych w marcu. NBA próbowała reagować, między innymi poprzez zmiany w zasadach loterii draftu, by zmniejszyć premię za najgorsze bilanse. Te korekty nie usunęły jednak samej pokusy. Dopóki opłaca się przegrać dziś, by zyskać jutro, będą istniały organizacje gotowe podejmować cyniczne decyzje.
W historii Lina najmocniej wybrzmiewa jeszcze coś innego: bezsilność zawodnika wobec całej struktury. Możesz grać świetny mecz. Możesz ciągnąć drużynę do zwycięstwa. Możesz robić wszystko tak, jak wymaga tego sport, a mimo to w pewnym momencie okazuje się, że o twoim losie w końcówce decyduje nie boisko, nie forma i nie rytm gry, tylko plan ułożony piętro wyżej. Lin nie opowiadał o tym w tonie wielkiego oskarżenia. Bardziej jak ktoś, kto po prostu zrozumiał zasady gry poza grą. I może właśnie dlatego ta opowieść robi tak duże wrażenie. Nie ma w niej przesadnej teatralności. Jest za to zwykła, chłodna relacja człowieka, który zobaczył, jak naprawdę działa zawodowy sport na najwyższym poziomie.
To także przypomnienie, że NBA, choć sprzedaje emocje, wielkie narracje i legendy o rywalizacji, jest jednocześnie potężnym biznesem. W takim biznesie zwycięstwo nie zawsze ma najwyższą wartość. Czasem większą wartość ma porażka, która poprawia pozycję w loterii. Czasem lepiej przegrać i zyskać procenty szans na przyszłą gwiazdę niż wygrać mecz, który niczego nie zmienia w tabeli. Kibice oczywiście od dawna to podejrzewali. Dziennikarze od lat o tym pisali. Ale kiedy były zawodnik opowiada, że usłyszał wprost o „telefonie z góry”, cały temat nagle przestaje być teorią, a staje się czymś namacalnym.
Dlatego historia Jeremy’ego Lina jest czymś więcej niż tylko ciekawostką z podcastu. To bardzo konkretne świadectwo tego, jak cienka bywa granica między rywalizacją a zarządzaniem porażką. Dla kibica to frustrujące. Dla zawodnika jeszcze bardziej,b o nawet jeśli wszyscy wokół rozumieją logikę tankowania, to dla gracza na parkiecie każda taka decyzja jest uderzeniem w sens samej gry. Lin zagrał znakomity mecz, zrobił wszystko, co powinien zrobić lider, a mimo to ktoś uznał, że tego wieczoru lepiej będzie przegrać. I być może właśnie to jest w tej historii najbardziej denerwujące. Nie chodzi o sam fakt, że w NBA istnieje tankowanie, ale że czasem odbywa się on już nie w cieniu, tylko niemal na oczach wszystkich.










