W sercu koszykarskiego świata, niedługo przed swoim 22. występem w Meczu Gwiazd, LeBron James ponownie stanął przed mikrofonami, by zmierzyć się z pytaniem, które od lat elektryzuje fanów NBA: jak blisko jest koniec? Chociaż 41-letni lider Los Angeles Lakers wciąż zadziwia formą fizyczną, jego najnowsze wypowiedzi sugerują, że ostateczna decyzja nie zapadnie na parkiecie, lecz w zaciszu jego własnych myśli. W Mieście Aniołów, gdzie spekulacje o transferach i sportowych pożegnaniach są chlebem powszednim, deklaracje Jamesa nabierają dziś szczególnego znaczenia.
Mimo upływu lat i statusu najstarszego aktywnego gracza w lidze, LeBron James swoimi statystykami wciąż wydaje się przeczyć prawom biologii. W obecnym sezonie notuje on średnio 22 punkty, 7,1 asysty i 5,8 zbiórki na mecz, trafiając przy tym ponad 50% rzutów z gry. W dodatku niedawno zapisał się na kartach historii jako najstarszy zawodnik, który zdobył triple-double, co miało miejsce w zwycięskim starciu z Dallas Mavericks. Jednak to nie sprawność fizyczna, a mentalne wyczerpanie wydaje się być głównym czynnikiem determinującym jego przyszłość.
James otwarcie przyznał, że jego ciało wciąż jest w stanie sprostać rygorom gry w najlepszej koszykarskiej lidze świata, jednak prawdziwym wyzwaniem jest utrzymanie pasji do codziennego procesu przygotowań. Podczas konferencji prasowej w Los Angeles legendarny zawodnik podkreślił wagę sfery psychicznej.
– Moja gra nie jest najważniejsza — najważniejsze jest moje ciało. O tym, jak długo jeszcze będę grał, zadecyduje wiele czynników… zwłaszcza to, czy nadal będę kochał ten proces. Jeśli pewnego dnia przestanę, moje ciało także przestanie mnie słuchać. A gdy ciało się podda, to będzie już koniec – powiedział 41-latek.
Wprawdzie James pozostaje kluczowym elementem składu Los Angeles Lakers, jego przyszłość w purpurowo-złotych barwach już po zakończeniu sezonu 2025-26 stoi pod dużym znakiem zapytania. Pojawiają się sygnały sugerujące, że władze ekipy z Miasta Aniołów mogą rozważać przebudowę zespołu wokół gwiazdy nowej generacji, Luki Doncicia. Taki scenariusz otwiera drogę do spekulacji o potencjalnym „ostatnim przystanku” w karierze LeBrona. W ligowych kuluarach najczęściej wymienia się sentymentalny powrót do Cleveland Cavaliers, ale na liście potencjalnych zainteresowanych znajdują się także Golden State Warriors, Miami Heat czy New York Knicks.
Sam zawodnik wciąż jednak unika jednoznacznych deklaracji, co do swoich dalszych kroków. Zapytany wprost o przejście na emeryturę lub pozostanie w lidze, odpowiedział z rozbrajającą szczerością: – Chcę żyć. Kiedy sam będę znał odpowiedź, wy również ją poznacie. Na razie nie wiem — naprawdę nie mam pojęcia. Wiem tylko jedno: chcę żyć. I to jest najważniejsze.
Ta enigmatyczna postawa sprawia, że każda minuta spędzona przez niego na parkiecie jest traktowana przez fanów i ekspertów jako potencjalnie jedna z ostatnich w jego 22-letniej karierze. Wszystko wskazuje na to, że podobnie może być w przypadku Meczu Gwiazd, w którym po raz pierwszy w karierze LBJ wystąpi jako zawodnik rezerwowy.
Nie da się ukryć, że nawet w przypadku takiego fenomenu jak James długowieczność nie jest wolna od kosztów. W obecnych rozgrywkach zmagał się on z problemami zdrowotnymi, w tym z artretyzmem lewej stopy, co wykluczyło go z gry w 18 spotkaniach i – ze względu na nowe przepisy dotyczące minimalnej liczby rozegranych meczów – pozbawiło szans na walkę o prestiżowe nagrody indywidualne. Mimo tych przeciwności, LeBron wciąż umacnia się na pozycji najlepiej punktującego zawodnika w historii NBA, z dorobkiem przekraczającym 42 975 punktów.
Dzisiejsza konferencja prasowa, na którą liga wyznaczyła Jamesowi osobny termin dla mediów, tylko podsyciła atmosferę wyczekiwania. Czy Król ogłosi swój „ostatni taniec” już tego lata? A może, jak sugerują niektórzy, kolejny sezon będzie jego oficjalną trasą pożegnalną, potencjalnie w zupełnie nowym otoczeniu?. Na ten moment jedyną pewną rzeczą jest to, że decyzja zostanie podjęta nie na podstawie statystyk, ale tego, co podpowie mu serce i umysł. Jak sam zaznaczył, dopóki trwa miłość do „procesu”, legenda trwa dalej.










