Złota era Golden State Warriors, która przez blisko dekadę definiowała nowoczesną koszykówkę, zdaje się powoli dobiegać końca. W centrum tego zamieszania znalazł się Draymond Green – zawodnik, który przez lata był sercem drużyny, a dziś coraz częściej staje się celem frustracji kibiców z San Francisco . W serii niezwykle szczerych wypowiedzi weteran odniósł się nie tylko do plotek transferowych, ale też ostro skrytykował część fanów, nazywając ich „wiecznymi przegranymi” i przypominając o swojej roli w budowie potęgi drużyny.
Legitymujący się obecnie co najwyżej przeciętnym bilansem 32-32 Golden State Warriors zmagają się z brakiem stabilizacji, co sprawiło, że po raz pierwszy od lat nazwisko Draymonda Greena zaczęło pojawiać się w kontekście potencjalnych wymian. Część fanów, zmęczona jego kolejnymi zawieszeniami, przewinieniami technicznymi oraz spadającą efektywnością ofensywną, wręcz otwarcie domaga się oddania weterana. Sam zainteresowany, występując w prowadzonym przez Freda VanVleeta podcaście „Unguarded”, nie krył oburzenia taką postawą.
– Widzę teraz różne komentarze – na przykład fanów Warriors mówiących: „Czas się go stąd pozbyć!”. Tym prawdziwym kibicom, którzy tak nie uważają, chciałbym powiedzieć: dziękuję. Doceniam to – stwierdził 36-latek.
– A do tych, którzy tak myślą – byliście przegranymi jeszcze zanim tu przyszedłem. Bandą wiecznych przegranych. Dlatego w sumie mnie to nie dziwi. Nigdy nie byliście w takim miejscu i nie potraficie docenić czegoś w całości, bo nigdy nie mieliście okazji tego przeżyć – kontynuował Dray, zdecydowanie nie gryząc się w język.
Zawodnik nawiązał tym samym do dekad porażek, jakie organizacja odnotowywała przed jego przyjściem w 2012 roku, przypominając, że przed jego erą Warriors wygrali zaledwie jedną serię play-off w ciągu ponad 20 lat.
Green nie zamierzał ukrywać, że jest w pełni świadomy swojej wartości dla organizacji, nawet jeśli jego statystyki – na poziomie 8,6 punktu, 5,6 zbiórki i 5,2 asysty na mecz – nie rzucają na kolana. Porównując swoją rolę do struktury gigantów technologicznych oraz historycznych potęg NBA, zauważył, że chociaż to Stephen Curry jest twarzą sukcesu, to on sam również był niezbędnym elementem konstrukcji.
– Steph Curry to bez wątpienia najważniejsza postać. Nie ma na świecie nikogo, kto byłby o tym bardziej przekonany niż ja. Steph Curry jest tym gościem. Ale Michael Jordan też miał Scottiego Pippena i Dennisa Rodmana. Nigdy nie będę kimś takim jak Steve Jobs czy Mark Zuckerberg, ale mówię to z dumą, bez żadnej złośliwości – ta cała historia nie powstałaby bez mojego udziału – dodał, porównując się do Eddy’ego Cue, wieloletniego menedżera Apple, pozostającego w cieniu jednego z najbliższych współpracowników Steve’a Jobsa.
Trudno odmówić mu racji. Eksperci wskazują, że chociaż Green nigdy nie był liderem GSW pod względem – na przykład – liczby zdobywanych punktów, to jego rola generała defensywy i głównego rozgrywającego była kluczowa dla czterech tytułów mistrzowskich wywalczonych w ciągu ośmiu lat.
W obliczu kontrowersji i wybuchowego charakteru Greena, kluczowym elementem utrzymującym jedność drużyny pozostaje jego relacja ze Stephem. Wprawdzie na zewnątrz Curry uchodzi za postać spokojną i unikającą konfliktów, Dray ujawnił, że to właśnie lider Warriors jest jedną z niewielu osób, które potrafią go zdyscyplinować, gdy przekroczy granice.
– Steph jest właśnie taki, że… wiecie, jak niektórzy ludzie nie znoszą trudnych rozmów? Steph je uwielbia – powiedział 36-latek o swoim sławniejszym koledze z drużyny.
Ten specyficzny model przywództwa, oparty na wzajemnym zaufaniu i szczerości, jest jednym z głównych powodów, dla których organizacja wciąż waha się przed rozbiciem duetu Curry-Green, mimo że produktywność tego drugiego wyraźnie spadła, a jego opiewający na 27,6 miliona dolarów kontrakt staje się obciążeniem w kontekście przebudowy składu.
Mimo deklarowanej lojalności i wspomnień o finansowych wyrzeczeniach, jakich dokonywał w przeszłości, by zostać w zespole, przyszłość Draymonda w San Francisco nie jest pewna. Doniesienia o tym, że Warriors rozważali włączenie go w wymianę za Giannisa Antetokounmpo, pokazują, że status „nietykalnego” powoli wygasa. Sam zawodnik zresztą zdaje się podchodzić do tego z rzadko spotykaną u niego pokorą.
– Wnosiłem do zespołu to, co mogłem, by pomóc w wygrywaniu. Zawsze będę za to wdzięczny i zawsze będę doceniał tę drogę, którą przeszliśmy – zakończył swoją wypowiedź.
Czy Draymond Green dokończy karierę w barwach GSW jako jeden z nielicznych zawodników w nowożytnej koszykówce wiernych jednemu klubowi? Odpowiedź poznamy prawdopodobnie w nadchodzącym „sezonie ogórkowym”, który dla Golden State będzie momentem krytycznych decyzji dotyczących przyszłości ich wielkiej, choć starzejącej się dynastii.










