W niedzielny wieczór hala Golden 1 Center stała się świadkiem widowiska, które na stałe zapisze się w kronikach NBA. Mimo niezwykle trudnego i rozczarowującego sezonu, Sacramento Kings zdołali odnieść zwycięstwo nad Utah Jazz (116:111), a głównym architektem tego sukcesu był DeMar DeRozan. 36-letni weteran nie tylko poprowadził swoją drużynę do czwartej wygranej w ostatnich pięciu meczach, ale dokonał czegoś, co nie udało się wcześniej żadnemu zawodnikowi w całej historii ligi.
DeMar DeRozan zakończył spotkanie z imponującym dorobkiem 41 punktów, 11 asyst oraz trzech przechwytów. Wykazał się przy tym niezwykłą precyzją, trafiając 11/21 prób z pola i aż 18/21 razy z linii rzutów wolnych. Mając 36 lat i 220 dni, został najstarszym graczem w historii NBA z meczem na poziomie co najmniej 40 „oczek” i 10 ostatnich podań.
To osiągnięcie nabiera jeszcze większego znaczenia, gdy uświadomimy sobie, że podobnego wyniku w tym wieku nie odnotował nawet LeBron James. Legendarny koszykarz, obecnie grający dla Los Angeles Lakers, ostatni raz barierę 40 punktów i 10 asyst przekroczył 19 marca 2018 roku w wygranym 124:117 spotkaniu z Milwaukee Bucks. Miał wówczas „zaledwie” 33 lata i występował jeszcze w Cleveland Cavaliers.
Wracając jednak do lidera Sacramento Kings, jego forma w ostatnim czasie jest wręcz fenomenalna. Tylko w trzech ostatnich występach notował średnio 35,7 punktu i 8 asyst, rzucając ze skutecznością przekraczającą 68%. Stał się tym samym pierwszym zawodnikiem w dziejach, który w wieku powyżej 36 lat utrzymał tak wysoką produktywność przy tak nieprawdopodobnej skuteczności w serii trzech spotkań.
Niesamowita dyspozycja weterana budzi podziw nie tylko wśród kibiców, ale przede wszystkim w sztabie szkoleniowym. Trener Doug Christie w emocjonalnych słowach odniósł się do postawy swojego lidera, podkreślając jego etykę pracy i profesjonalizm, który nie słabnie mimo upływu lat.
– On jest dla drużyny niczym bezpieczna przystań. W ogóle mnie to nie dziwi i powtarzam to cały czas, bo jeśli zobaczycie, jak pracuje i jak przygotowuje się do gry — trening i mecz wyglądają u niego identycznie. To tylko pokazuje jego klasę. Naprawdę robi ogromne wrażenie. Wie, gdzie ma być na parkiecie i robi swoje. 11 asyst to już zupełnie inna liga – przyznał już po meczu szkoleniowiec.
Wprawdzie obecny sezon jest dla Kings stracony pod względem sportowym – drużyna z bilansem 18-51 została już oficjalnie wyeliminowana z walki o fazę play-off – DeMar ewidentnie nie przestaje walczyć o swoje miejsce w panteonie sław. W swoim 17. sezonie na parkietach najlepszej koszykarskiej ligi świata wciąż udowadnia, że plotki o zmierzchu jego kariery były przedwczesne.
W ostatnich tygodniach zawodnik ten systematycznie przesuwa się w górę listy najlepszych strzelców wszech czasów, wyprzedzając takie legendy jak Tim Duncan czy Paul Pierce. Przy obecnym tempie zdobywania punktów, ma realną szansę, by jeszcze przed zakończeniem obecnych rozgrywek przeskoczyć w tej klasyfikacji Dominique’a Wilkinsa oraz Oscara Robertsona.
Mimo euforii wywołanej historycznym wyczynem 36-latka, eksperci zwracają uwagę na drugą stronę medalu. Nagły zryw formy ekipy z Sacramento – cztery wygrane w pięciu meczach – paradoksalnie może zaszkodzić długofalowej przyszłości organizacji. Jeszcze niedawno Kings legitymowali się najgorszym bilansem w lidze, co gwarantowało im najwyższe szanse w loterii draftu i pewne miejsce w pierwszej piątce nadchodzącego naboru.
Dzięki ostatnim zwycięstwom zespół „awansował” na czwarte miejsce od końca (bez podziału na konferencje). Co prawda wygrywanie zawsze buduje morale, to jednak w realiach NBA może też oznaczać spadek w dół w loterii draftu, co w najgorszym przypadku poskutkuje utratą szansy na pozyskanie talentu zdolnego odmienić losy franczyzy. DeRozan i jego koledzy zdają się jednak nie zważać na te kalkulacje, grając z pasją, która przypomina, dlaczego koszykówka w stolicy Kalifornii wciąż budzi tak wielkie emocje.

















