Michael Jordan przez lata przyzwyczaił kibiców do jednego – jeśli już wypowiada się o współczesnych graczach NBA, to bardzo rzadko rozdaje komplementy na prawo i lewo. Tym bardziej warto zwrócić uwagę na słowa, które padły pod adresem Anthony’ego Edwardsa. Legenda Chicago Bulls jest wielkim fanem lidera Minnesota Timberwolves i szczególnie ceni u niego nie tylko talent, ale przede wszystkim mentalność.
Relacja Michaela Jordana z Anthonym Edwardsem nie jest powierzchowna ani przypadkowa. Wszystko zaczęło się jeszcze przed draftem, kiedy MJ osobiście pojawił się na treningu młodego zawodnika. Edwards chwilę później został wybrany z pierwszym numerem Draftu przez Minnesota Timberwolves, a Jego Powietrzność od tamtego momentu uważnie śledzi jego rozwój. To właśnie w tym kontekście pojawiły się bardzo mocne słowa pod adresem obecnej gwiazdy Minnesoty.
Jordan miał szczególnie docenić energię i zaangażowanie Edwardsa po obu stronach parkietu. Zwrócił też uwagę na jego podejście do pracy, gotowość do podejmowania wyzwań i cechy charakteru, które trudno wytrenować. W jednym z artykułów opiię Jordana opisano w następujący sposób:
— Uwielbia jego pasję, którą pokazuje po obu stronach parkietu. Powiedział, że [Edwards] musi nadal pracować nad swoją grą, akceptować wyzwania i prosperować. Michael wie, że Anthony jest typem osoby, która posiada tę niezwykłą determinację i instynkt kilera.
To właśnie ten ostatni fragment brzmi najmocniej. Jordan, który sam przez lata był symbolem bezwzględnej rywalizacji i sportowej obsesji wygrywania, najwyraźniej dostrzega w Edwardsie coś, co szczególnie cenił także u siebie, czyli brak strachu, chęć dominacji i mentalność lidera. Dla młodego zawodnika Timberwolves takie słowa muszą znaczyć naprawdę wiele.
Edwards nie ukrywa zresztą, że świadomość wsparcia tego jakże nietypowego kibica jest dla niego czymś wyjątkowym. Sam przyznał, że„to zdecydowanie świetne uczucie mieć kogoś takiego po swojej stronie.”
Cała historia robi się jeszcze ciekawsza, gdy zestawi się te słowa z inną, głośną wypowiedzią Edwardsa. Lider Wolves został niedawno zapytany o swoją idealną piątkę wszech czasów i jak zwykle nie zabrakło mu pewności siebie. Na rozegraniu wystawił Stephena Curry’ego, na czwórce Kevina Duranta, ale największe poruszenie wywołał wybór na pozycji rzucającego obrońcy.
Edwards bez zawahania wskazał bowiem na samego siebie. Żeby zmieścić w składzie Jordana, przesunął go na pozycję niskiego skrzydłowego. Powiedział wprost:
— Muszę postawić Mike’a na trójce. Tak, Mike musi przejść na trójkę, bo ja zajmuję dwójkę.
Taka deklaracja dla jednych będzie bezczelna, dla innych po prostu idealnie oddaje charakter Edwardsa. On od początku kariery sprawia wrażenie zawodnika, który nie zamierza nikomu oddawać miejsca z samego szacunku do nazwiska. Być może właśnie dlatego Jordan patrzy na niego z tak dużym uznaniem, bo widzi w nim nie tylko widowiskowego atletę, ale też gracza z odpowiednim nastawieniem psychicznym.
Jedyny moment zawahania pojawił się u Edwardsa przy wyborze środkowego. Tutaj rozważał dwie wielkie postacie z lat 90. w osobach Hakeema Olajuwona i Shaquille’a O’Neala. Ostatecznie postawił na Shaqa.
— Na piątce musiałbym postawić prawdopodobnie 'The Dreama’ albo Shaqa. Ale tak, wybieram Shaqa. Stawiam na Shaqa — podsumował.
W ten sposób powstała jego historyczna piątka, ale w tej historii nie sam skład jest najważniejszy. Dużo ciekawsze jest to, że zawodnik o tak ogromnej pewności siebie i tak wyrazistym stylu bycia zyskał uznanie samego Michaela Jordana. A to w świecie NBA znaczy naprawdę dużo.
Edwards wciąż jest na etapie budowania swojego miejsca w lidze, ale już dziś widać, że wyrasta na jedną z jej najważniejszych twarzy. Jeśli dalej będzie rozwijał się w tym tempie i utrzyma mentalność, którą tak wysoko ocenia Jordan, porównania do największych nazwisk w historii będą wracały coraz częściej.










