Gdy niemal pewny numer jeden draftu zaczyna mówić o pozostaniu na uczelni, w biurach NBA zapala się czerwone światło. AJ Dybantsa, 19-letni gwiazdor BYU, zasugerował taką możliwość, wywołując falę spekulacji. Co prawda skrzydłowy o kongijsko-jamajskich korzeniach wprost dominuje na parkietach NCAA, jego najnowsze deklaracje sugerują, że droga do zawodowstwa może nie być tak krótka, jak wszyscy zakładali. A może to tylko zasłona dymna?
Podczas niedawnego występu AJ’a Dybantsy w podcaście „Deseret Voices”, prowadzący McKay Coppins zapytał o jego ambicje związane z tegorocznym draftem NBA. Odpowiedź młodego skrzydłowego była niczym rzucona na parkiet bomba, która w pewnym stopniu uciszyła dywagacje o jego przejściu na zawodowstwo już po zakończeniu obecnego sezonu. Jak powiedział: – Być może nie odejdę [z BYU].
– Moja mama chciałaby, żebym skończył studia. Więc tak — mogę zostać. Ale mogę też odejść. Szczerze? Sam nie wiem – wyjaśnił koszykarz, dając do zrozumienia, że powód takiej możliwej decyzji nie jest związany z brakiem gotowości pod względem sportowym, lecz prośbą najważniejszej osoby w jego życiu – matki, Chelsea Dybantsy. 19-latek dodał również, że na jego wybór mogą wpłynąć także lokalni fani, namawiając go na jeszcze rok, a może nawet trzy lata gry dla Cougars.
Dla postronnego obserwatora rezygnacja z dziesiątek milionów dolarów gwarantowanych w kontrakcie debiutanckim wydaje się szaleństwem, jednak rodzina Dybantsów patrzy na sprawę z nieco innej perspektywy. Matka zawodnika ewidentnie kładzie nacisk na dyplom, który ma być zabezpieczeniem na przyszłość. AJ wyjawił, że planuje wybrać zarządzanie finansami jako swój kierunek studiów.
– Jak każda mama, myśli o tym, co będzie po koszykówce. I – odpukać – gdyby coś mi się stało, zawsze powinienem mieć plan B – tłumaczył 19-latek. Chociaż może się wydawać, że przy jego talencie „plan B” wydaje się zbędny, kontuzje, takie jak zerwanie więzadła ACL, które wykluczyło z gry jego kolegę z drużyny, Richiego Saundersa, przypominają o kruchości sportowej kariery. Nigdy nic nie wiadomo.
Tak czy inaczej, sportowo AJ raczej nie ma już nic do udowodnienia na poziomie akademickim. Ze średnią 24,9 punktu na mecz jest najlepszy w kraju, dokładając do tego jeszcze 6,8 zbiórki i 3,7 asysty. Niedawno zresztą pobił rekord Danny’ego Ainge’a dla najlepszego debiutanta w historii BYU, rzucając 43 punkty w starciu z rywalami z Utah. Bill Simmons z „The Ringer” już zdążył określić go mianem „pewniaka” i stwierdził retorycznie: – Myślę, że byłoby szaleństwem nie wybrać go z pierwszym numerem.
Wielu innych ekspertów i fanów podchodzi do słów nastolatka z dużym dystansem. W mediach społecznościowych dominują głosy, że to jedynie kurtuazyjne wypowiedzi wobec uczelni i kibiców, którzy wspierali drużynę nawet podczas serii porażek. Greg Anthony, analityk TNT i były gracz NBA, skwitował to krótko słowami: – On odejdzie.
Niektórzy jednak mogą mieć swego rodzaju deja vu, ponieważ sytuacja Dybantsy przypomina tę, w której rok temu znalazł się Cooper Flagg. Przyszły „numer jeden” draftu 2025 również – przynajmniej oficjalnie – miewał momenty zawahania, a w mediach pojawiały się głosy sugerujące, że może opóźnić swoje wejście do ligi.
Ostatecznie jednak gwiazdor Duke zgłosił się do draftu, podpisując z Dallas Mavericks czteroletni kontrakt wart 62 miliony dolarów. Finansowa rzeczywistość NBA i status topowego talentu swojego rocznika zazwyczaj okazują się silniejsze niż chęć dokończenia edukacji w tradycyjnym trybie (nawet jeśli w dzisiejszych czasach w NCAA też można sowicie zarobić).
Czy AJ Dybantsa okaże się wyjątkiem od reguły? Jeśli zostanie, przepisze logikę draftu, w którym na dziś jest jednym z trzech murowanych – obok Darryna Petersona z Kansas i Camerona Boozera z Duke – kandydatów do jednego z czołowych miejsc. Jeśli odejdzie, historia potoczy się jak zwykle. Problem w tym, że dziś nikt nie wie, którą drogę wybierze. Na razie jednak, jak sam mówi: – Niech ludzie myślą, co chcą. Ja nie mam nic do dodania.










