Pod koniec stycznia kibice Golden State Warriors po raz ostatni widzieli go w akcji. Stephen Curry od 30 stycznia pozostaje poza grą i choć Steve Kerr mówił wtedy, że to „nic poważnego”, to rozgrywający jeszcze nie wrócił do gry. Wiadomo już zresztą, że opuści co najmniej jeszcze kilka kolejnych meczów.
W czwartek liga wróciła do gry po przerwie na Weekend Gwiazd. W barwach Golden State Warriors zadebiutował Kristaps Porzingis, który w starciu ze swoim byłym zespołem – Boston Celtics – dał kalifornijskiej drużynie niezły zastrzyk energii z ławki rezerwowych. Warriors przegrali jednak 110:121 z bostońską drużyną. W meczu tym nie zagrał Stephen Curry, który cały czas pauzuje z powodu problemów z kolanem.
Jak się okazuje, był to pierwszy z pięciu kolejnych meczów, które 37-latek opuści. Jego przerwa dodatkowo się więc wydłuży. – Mieliśmy nadzieję, że będzie gotowy na mecz z Celtics, ale się nie udało. Po prostu potrzebuje trochę więcej czasu – stwierdził trener Steve Kerr. Badanie rezonansem magnetycznym potwierdziło przynajmniej, że kolano nie jest uszkodzone strukturalnie.
Curry po raz ostatni na parkiecie pojawił się 30 stycznia. Wtedy zszedł z boiska w trzeciej kwarcie i choć Kerr po meczu mówił, że uraz kolana to „nic poważnego”, to jednak dziś wiemy już, że przerwa Stepha w związku z tą kontuzją potrwa co najmniej 10 meczów. W związku z tym Curry straci szansę na kolejny wybór do drużyn All-NBA na koniec sezonu. Opuści bowiem zbyt wiele spotkań, by być branym pod uwagę przy nagrodach.
Jego przerwa to też spory problem dla Warriors. Pauzuje przecież Jimmy Butler, który z powodu zerwanego więzadła w kolanie już w tym sezonie nie zagra. Kalifornijska ekipa musi więc sobie jakoś radzić. Fani Wojowników mogą się pocieszać tym, że ich zespół ma już na tyle dużą przewagę, że z najlepszej dziesiątki raczej nie wypadnie. Warriors pewnie woleliby jednak powalczyć o najlepszą szóstkę i pewny awans do fazy play-off, aniżeli po raz kolejny brać udział w turnieju play-in.










