Świat koszykówki akademickiej stanął w obliczu bezprecedensowego wyzwania prawnego. Amari Bailey, były obrońca Charlotte Hornets, podjął formalne kroki ku temu, by stać się pierwszym zawodnikiem w historii, który odzyska prawo do gry w NCAA po tym, jak wcześniej występował w oficjalnych meczach NBA. 21-letni koszykarz, który po zaledwie jednym sezonie na uczelni UCLA zdecydował się na przejście na zawodowstwo, wynajął nawet agenta oraz prawnika, by walczyć o możliwość powrotu do rywalizacji uniwersyteckiej.
Jak podkreślił sam zainteresowany, jego decyzja nie jest jedynie chwilowym kaprysem, lecz przemyślaną strategią rozwoju. Problemem może być jednak fakt, że w sezonie 2023-24 Amari Bailey zaliczył 10 występów na parkietach NBA w trykocie Charlotte Hornets, spędzając na placu gry średnio po 6,5 minuty i notując 2,3 punktu. Kolejne szanse nie przyszły i później młody zawodnik spędzał czas już tylko w G League, reprezentując barwy Long Island Nets oraz Iowa Wolves. Teraz jednak pragnie wrócić tam, gdzie jego kariera nabrała tempa.
– W tej chwili byłbym na ostatnim roku studiów. Nie mam zamiaru być 27-latkiem uprawiającym sport akademicki. Bez urazy dla tych, którzy wybierają taką ścieżkę – to ich decyzja. Ja postawiłem na grę zawodową, wiele się nauczyłem i wiele przeszedłem. Dlaczego więc nie spróbować? – przyznał Bailey w rozmowie z ESPN.
Przy okazji były gracz Hornets uciął jednak możliwe spekulacje, jakoby jego ruch był jedynie zabiegiem PR-owym, dodając: – To nie jest żadna pokazówka. Poważnie rozważam powrót. Chcę poprawić swoją grę, zmienić sposób, w jaki jestem postrzegany, i udowodnić, że potrafię wygrywać
Mimo determinacji zawodnika, władze NCAA pozostają sceptyczne, powołując się na surowe przepisy dotyczące statusu amatora. Organizacja od lat stoi na stanowisku, że podpisanie kontraktu zawodowego definitywnie zamyka drzwi do sportu uniwersyteckiego. Głos w sprawie zabrał Tim Buckley, starszy wiceprezes ligi ds. relacji zewnętrznych, który w mediach społecznościowych jednoznacznie odniósł się do planów Baileya.
– NCAA nie przyznała i nie przyzna uprawnień do gry żadnym zawodnikom, którzy podpisali kontrakt z NBA. Kongres może wzmocnić przepisy NCAA, tak aby zawodowi sportowcy nie mogli na drodze sądowej wymuszać powrotu do rywalizacji ze studentami – poinformował na platformie X.
Sytuację Baileya różni się jednak na przykład od losów syna legendy NBA, Dwyane’a Wade’a. 23-letni obecnie Zaire Wade wybrał nieoczywistą ścieżkę kariery. Chociaż miał możliwość dołączenia do takich uczelni jak DePaul, Nebraska, Rhode Island czy Toledo, postanowił z niej zrezygnować i przejść na profesjonalizm.
Dziś chyba może pluć sobie w brodę. W sezonie 2021-22 był zawodnikiem grającej w G League ekipy Salt Lake City Stars, jednak jego pobyt na zapleczu NBA upłynął pod znakiem kontuzji. Później widziano go również w Basketball Africa League, gdzie reprezentował barwy południowoafrykańskiego Cape Town Tigers (w jednym z meczów, przeciwko mozambijskiemu Ferroviario da Beira rzucił nawet 17 punktów). Wątpliwe jest, by rozgrywający miał jeszcze zrobić karierę na miarę ojca, więc rozważa grę w NCAA, ponoć nawet już otrzymując pierwsze propozycje. Jemu akurat władze ligi uczelnianej nie powinny robić problemów, tym bardziej, że to przypadek podobny do innego, który już omawialiśmy na naszych łamach.
W bieżącym sezonie oczy obserwatorów zwrócone są na Baylor, gdzie barwy uczelni reprezentuje James Nnaji. Jego sytuacja stała się jednym z fundamentów argumentacji prawnej Baileya, ale różni się w jednym, kluczowym aspekcie. Nigeryjczyk, chociaż został wybrany w drafcie NBA w 2023 roku i miał za sobą występy w profesjonalnej koszykówce w barwach Barcelony, nigdy nie pojawił się na parkiecie w oficjalnym meczu najlepszej koszykarskiej ligi świata. Inna sprawa, że w trykocie Bears szału nie robi – dotychczas rozegrał siedem meczów, notując w nich średnio 1,4 punktu i 3,3 zbiórki.
W ślady swojego kolegi po fachu poszedł zresztą także Charles Bediako. Środkowy rodem z Kanady nie został wybrany w drafcie i, chociaż podpisywał kontrakty z San Antonio Spurs, Orlando Magic czy Denver Nuggets, zazwyczaj kończyło się na występach w Lidze Letniej. Koszykarz o ghańskich korzeniach zaliczył też zresztą blisko 40 występów na parkietach G League, jednak – podobnie jak w przypadku Nnajiego – nie było to przeszkodą, by umożliwić mu powrót na uczelnię. Inna sprawa, że on akurat zielone światło na grę dla Alabamy, gdzie widziano go już w latach 2021-23, dostał nie od samej ligi NCAA, lecz nakazem sądowym.
Dla Baileya sam fakt, że Nnaji czy Bediako mogą rywalizować na poziomie uniwersyteckim, jest dowodem na brak spójności całego systemu. Jego prawnik, Elliot Abrams, postawił sprawę jasno, argumentując: – Mamy młodego zawodnika w wieku studenckim, który chce iść na studia, a system odpowiada mu: „Trudno, wybrałeś inną ligę, więc jesteś wykluczony na zawsze.” Nie widzę w tym żadnego sensownego uzasadnienia.
To właśnie tutaj pojawia się największa przeszkoda dla 21-latka. Amari faktycznie wystąpił w 10 meczach sezonu zasadniczego NBA w barwach Hornets. Z punktu widzenia NCAA, to nie kontrakt, ale wejście na parkiet w oficjalnym spotkaniu ligowym jest „linią na piasku”, której nie wolno przekroczyć. Sam zainteresowany, jak można wnioskować z jego wypowiedzi, nie zamierza się poddać i będzie walczyć o swoje. Jeśli jego prawnikom uda się doprowadzić do korzystnego rozstrzygnięcia sprawy, możemy być świadkami upadku ostatniego bastionu tradycyjnego amatorstwa w NCAA. Na ten moment jednak federacja pozostaje nieugięta.
Czy słuchałeś już nowego odcinka podcastu PROBASKET?










