W NBA wybory w pierwszej rundzie draftu są walutą łatwą do policzenia i trudną do zastąpienia. W praktyce walutą niezbędną, gdy trzeba dopłacić za gwiazdę, albo wyjść z ryzykownego kontraktu. I właśnie dlatego od niedawana kibice zadają sobie pytanie: skoro mój zespół ma tyle picków, to czemu w transferach wygląda, jakby nie miał nic? Wszystko przez nowe przepisy CBA, a więc umowy zbiorowej zawodników z ligą, która reguluje nie tylko zasady finansowe i limity płac (Salary Cap), ale też odnosi się do transferów i nowych przepisów, które im towarzyszą.
W jednym z ostatnich odcinków podcastu „The Hoop Collective„, którego prowadzącym jest Brian Windhorst z ESPN wielu kibiców dowiedziało się o kolejnych zasadach CBA, o których wcześniej mało kto wspominał. Powołując się na największego eksperta wśród ekspertów, czyli Bobby’ego Marksa, wytłumaczył o co chodzi z nowymi zasadami przy okazji transferów wyborów w drafcie. Dlatego, że jedną z największych iluzji na rynku jest poczucie posiadania wielu wyborów i możliwie dowolna nimi żonglerka, czyli, że skoro klub Y ma 10 wyborów w najbliższych siedmiu latach, to znaczy, że będzie mógł z tymi pickami zrobić, co będzie chciał. Otóż tak nie jest, dlatego, że i w tym obszarze CBA wprowadziła pewne ograniczenia.
Zasada, która miała chronić kluby przed nimi samymi
Pierwszy hamulec to słynna Zasada Stepiena. Dla fanów bywa frustrująca, bo z zewnątrz wygląda jak sztuczne ograniczenie. Dla ligi jest polisą bezpieczeństwa, bo ma nie dopuścić do sytuacji, w której klub wyprzedaje przyszłość na lata i zostaje bez pierwszorundowych wyborów na długi czas.
– Kluczową rzeczą dotyczącą wyborów i tych, które można wymienić, jest to, że oczywiście nie można oddać wyborów z pierwszej rundy rok po roku. To zasada Stepiena, chyba, że spełnisz kilka warunków – tłumaczył Windhorst. – Na przykład, jeśli już dokonałeś wyboru w danym roku, możesz go wytransferować. Możesz też umówić się przed draftem, że wybierzesz konkretnego gracza, a potem go oddasz – dodaje.
W praktyce Stepien Rule sprowadza się do prostej idei: liga chce, by kluby były zabezpieczone w co najmniej jednym drafcie na każde dwa kolejne lata. To nie jest drobiazg księgowy. To reguła, która realnie decyduje, czy możesz dziś dorzucić kolejny pick do paczki przy okazji transferu, czy musisz kombinować inaczej (swapami, ochronami, przesunięciem w czasie itd.).
Dlaczego w lutym nie możesz, a w czerwcu nagle możesz?
Windhorst zwraca uwagę na rzecz, którą kibice wyłapują dopiero wtedy, gdy zobaczą ją w praktyce. Kalendarz NBA zmienia siłę przetargową. Trade deadline to jedno, a noc draftu drugie.
– Często słyszy się, że zespoły mają jeden dostępny wybór dzisiaj, ale w noc draftu będą miały dwa lub trzy – mówił Windhorst. I od razu daje przykład, który najlepiej pokazuje mechanizm. – Na przykład Lakers. Gdybyś zadzwonił do nich dzisiaj, mogliby wymienić tylko jeden wybór w pierwszej rundzie. Ale w noc draftu mogą już wymienić trzy.
Co stoi za tą magią? Najczęściej techniczna sztuczka, która w NBA jest zupełnie legalna. W noc draftu możesz dokonać wyboru, a dopiero potem handlować prawami do gracza. Formalnie nie oddajesz już picku, tylko zawodnika wybranego z danym numerem. Dla kibica to wciąż wygląda jak transfer picku, ale dla przepisów jest kluczową różnicą. Po prostu kluby dogadują się wcześniej i ten, który chce oddać pick wybiera tego zawodnika, którego wskazał klub, z którym zaraz dokonają wymiany.
Drugie ograniczenie – siedmioletni horyzont
Jest też druga bariera, o której mówi się mniej, a która potrafi uciąć rozmowę w sekundę. NBA pozwala handlować wyborami tylko do siedmiu lat w przód. To kolejne zabezpieczenie przed hazardem, w którym kluby stawiałyby przyszłość na kredyt na dwie dekady.
– Można handlować wyborami tylko na siedem lat w przyszłość. Nie można oddać picków z 2045 czy 2046 roku, bo inaczej Phoenix Suns na pewno by spróbowali to zrobić – żartował Windhorst nawiązując do właściciela klubu z Arizony, który na „dzień dobry” oddał wszystko co miał za Kevina Duranta i Bradleya Beala, a potem musiał strasznie kombinować i z konsekwencjami tamtych decyzji mierzy się do dziś. Potem Windhorst wrócił do sedna i wytłumaczył, że co roku, wraz z odnowieniem roku ligowego dochodzi kolejny sezon, którym wolno handlować.
To ważne, bo część drużyn w mediach wygląda na zdesperowane, a jednak nie może „dorzucić jeszcze jednego wyboru z pierwszej rundy„. Nie dlatego, że nie chce, ale dlatego, że albo wpadła na Zasadę Stepiena, albo próbowałaby handlować rokiem zbyt odległym, którego liga jeszcze nie otworzyła do „obrotu„.
Pick pickowi nierówny – własny, cudzy, chroniony, zamienialny
Windhorst zrobił jeszcze jedną rzecz i to powinno być obowiązkowe przy każdej plotce transferowej. Przypomniał, że słowo „pick„, czyli wybór w drafcie, jest często używany, ale jest zbyt ogólny.
Własny pick jest zwykle najcenniejszy, bo klub kontroluje ryzyko, czyli swoje wyniki sportowe. Pick innej drużyny może być złotem… albo papierem bez pokrycia. Pick chroniony (protected) może nie wypalić w danym roku i przesunąć się dalej. Natomiast „swap” nie jest pickiem, tylko prawem do zamiany. Bywa potężny, ale bywa też bezwartościowy. Swap opłaca się ze słabą drużyną, bo jeśli my gramy dobrze, to będziemy możliwość zamienienia się z drużyną, która wylosuje od nas wyższy numer draftu. Często swapy ustala się na kilka lat do przodu, ale bywa, że i ktoś decyduje się to zrobić w wymianie myśląc o kolejnym roku.
Nowe CBA: kiedy pieniądze zaczynają blokować picki
Do tego wszystkiego nowe CBA dołożyło trzecią warstwę: finansową. W epoce progrów (apron) niektóre zespoły nie tylko płacą więcej, ale też tracą narzędzia do rozwoju i działania.
Drużyny przekraczające drugi próg (second apron) mogą mieć ograniczone manewry transferowe, a w tle pojawia się też kara związana z draftem, czyli zamrożenie przyszłego pierwszorundowego wyboru (tego siedem lat do przodu), który staje się niewymienialny dopóki klub nie wróci poniżej progu. W skrajnym scenariuszu, przy częstym przekraczaniu progu, taki pick może zostać przesunięty na koniec pierwszej rundy.
To zmienia rynek w sposób, który Windhorst sygnalizuje między wierszami, czyli, że dziś picki są walutą jeszcze bardziej „twardą”, bo tanie kontrakty debiutantów stały się jedną z niewielu dróg budowania głębokiego składu bez wchodzenia na finansowe pole minowe. Pójście taką drogą pozwoliło Oklahoma City Thunder zbudować mistrzowską drużynę. Podobnymi śladami obecnie mogą pójść San Antonio Spurs. Ale w obu przypadkach, kiedy zawodnikom będą się kończyć debiutanckie umowy i będą oni oczekiwać znacznie większych pieniędzy, to wpłynie to na skład drużyny i wymusi konieczność transferów.
Kto ma ile?
Jeszcze jedna ważna rzecz. Windhorst rozróżnił liczbę wszystkich pierwszorundowych wyborów w perspektywie kilku lat od liczby tych, które są realnie do „rzucenia na stół„.
Oklahoma City Thunder są tu modelowym przykładem. Z jednej strony organizacja, którą liga od lat kojarzy z gromadzeniem wyborów w drafcie. Z drugiej jednak nawet oni nie mają pełnej dowolności co do tego, ile picków mogą oddać naraz. Otóż OKC mają w perspektywie siedmiu lat mają aż 13 wyborów w pierwszych rundach, ale nie wszystkie mogą wymienić.
Brooklyn Nets też mają dużo wyborów, ale jest to przykład o innej konstrukcji. W ich przypadku ważniejsze od „ile” jest „czyje” i „z jaką ochroną„. Na papierze wygląda to znakomicie, ale w praktyce to często zestaw narzędzi, którymi trzeba umieć sprawnie operować.
Wniosek jest więc następujący: liczba picków nie oznacza, że kluby mają nad innymi zdecydowaną przewagę i pełną dowolność w decydowaniu, które wybory mogą wytransferować. Niektóre ograniczenia mogą wpływać na ich decyzje o transferach. Można więc mieć mniej wyborów, ale większą elastyczność, bo zespół mający większą liczbę picków może w kluczowym dla siebie momencie usłyszeć, że „tego wyboru nie możecie wytransferować„, bo „Zasada Stepiena„, albo ograniczy je siedmioletnie okno, albo któryś z „apronów„.
Kibice muszą więc mieć świadomość, że w dzisiejszej NBA łatwo jest rzucać plotkami i proponować wymiany, ale trzeba pamiętać o tych właśnie ograniczeniach.
Poza tym przez nowe CBA wybory w drafcie stały się niemal bezcenne. Kluby widzą, że bardzo szybko do wysokiego poziomu doszli Thunder czy w obecnych rozgrywkach Spurs i też chcą pójść taką ścieżką, bo przy wszystkich ograniczeniach i limitach płac bardzo trudne jest skompletowanie zespołu, który poza dwoma gwiazdami będzie miał wyróżniających się wartościowych zawodników.
Spurs w ostatnich trzech latach wybierali z numerami: 1 (Wembanyama), 4 (Castle) i 2 (Harper). Oczywiście mieli szczęście, ale dzięki transferom z Hawks i Raptors kilka lat temu, mieli też inne, dalsze numery w ostatnich draftach. To dało im sporą elastyczność w budowaniu składu.
Czekając na transfery
5 lutego o godz. 21:00 czasu polskiego zamknięte zostanie okienko transferowe. Wszyscy czekają na wymiany Giannisa czy Kumingi, a my w Polsce obserwujemy, co wydarzy się z Jeremim Sochanem.
Wszyscy patrzą co zrobią poszczególne kluby, które myślą o walce o najwyższe cele. Wschód wydaje się „otwarty„, więc Knicks i Cavs mogą próbować się wzmocnić. Przestrzeń w Salary Cap mają też Pistons i mogą chcieć zaryzykować i pójść na całość. Na Zachodzie Warriors będą chcieli zrobić coś, aby ze Stephem Currym w składzie walczyć jeszcze o wysokie cele (możliwe, że oprócz Kumingi spróbują oddać kontuzjowanego Jimmy’ego Butlera).
Niektórzy uważają też, że wszystkie transfery blokuje Giannis, bo kluby czekają na to, co się wydarzy z graczem Bucks i wtedy ich ruchy będą reakcją na jego wymianę. Jeśli pójdzie do zespołu z Zachodu, to pozostałe drużyny z tej konferencji będą chciały zareagować i się wzmocnić. Jeśli pójdzie do zespołu ze Wschodu, to to samo zrobią inne kluby tej konferencji. Zespoły, które liczą się w walce o Giannisa, ale nie dopną swego mogą wdrożyć plan B. Wygląda to trochę jak efekt domina, czyli, że transfer Giannisa wpłynie na decyzje wielu klubów – zarówno na potrzebę wzmocnienia lub pójścia inną drogą.
Zbyt duże ryzyko?
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym mówi się mało, chociaż mam wrażenie, że jednak coraz częściej myślą o tym zarządzający klubami NBA. W ostatnich latach niewiele było transferów, które dały drużynom mistrzostwo. Owszem Toronto Raptors w 2018 roku pozyskali Kawhi Leonarda i w 2019 zdobyli mistrzostwo. Los Angeles Lakers pozyskali Anthony’ego Davisa w 2019 roku i w 2020 sięgnęli po tytuł. Można tu też dodać Milwaukee Bucks, którzy przejęli Jrue Holidaya w 2020, a w 2021 zdobyli mistrzostwo, chociaż z konsekwencjami tego transferu muszą się mierzyć do dziś.
Raptors za Leonarda i Danny’ego Greena oddali DeMara DeRozana i Jakoba Poeltla oraz tylko jeden wybór w pierwszej rundzie draftu. Cena nie była więc zbyt wysoka, ale jak przypomnimy sobie inne transfery w ostatnich latach, które poza zaangażowanymi w dany transfer zawodnikami, to zobaczymy jak wiele klubów oddało dużo wyborów w drafcie pozyskując zawodnika, który miał lub ma im dać mistrzostwo:
- Wolves oddali Jazz za Goberta cztery niechronione wybory w pierwszych rundach (2023, 2025, 2027, 2029) oraz swap w 2026.
- Clippers oddali Thunder nie tylko Shaia Gilgeousa‑Alexandra, ale też pięć !!! wyborów w 1. rundzie (2021, 2022, 2023, 2024, 2026) oraz dwa swapy (2023 i 2025).
- Lakers oddali Pelicans za Anthony’ego Davisa nie tylko wybieranych z drugimi numerami draftu Lonzo Balla i Brandona Ingrama oraz Josha Harta, ale też trzy wybory w pierwszych rundach draftu.
- Bucks oddali Pelicans za Jrue Holidaya trzy wybory w 1. rundzie (2025, 2027, 2029) oraz dwa swapy (2024 i 2026).
- Cavs oddali Jazz za Donovana Mitchella trzy wybory w 1. rundie (2025, 2027, 2029) oraz swap w 2026.
- Suns oddali Nets za Duranta cztery wybory w 1. rundzie (2022, 2024, 2026, 2027) oraz trzy swapy (2021, 2023, 2025).
- Hawks oddali Spurs za Dejounte Murraya trzy wybory w 1. rundzie (2023, 2025, 2027) oraz swap w 2026.
- Magic oddali Grizzlies za Desmonda Bane’a aż cztery niechronione wybory w 1. rundzie (2025, 2026, 2028, 2030) oraz swap w 2029 roku.
To tylko kilka przykładów z ostatnich lat. Tylko transfery Leonarda, Holidaya i Davisa dały mistrzostwo. Kilka z nich natomiast sprawiło, że kluby miały lub mają (albo jeszcze mogą mieć) problemy z powodu oddania tylu wyborów w drafcie.
Bucks, którzy przygotowują się do transferu Giannisa muszą zamienić się z Pelicans numerem w drafcie, jeśli wylosują lepszy. A potem jeszcze będą musiały oddać wybory w 2027 i 2029. Trudno więc wejść w przebudowę, kiedy nie ma się własnych picków.
Z podobnym problemem mierzyli się Brooklyn Nets, którzy w 2021 roku oddali za Jamesa Hardena jeden z największych pakietów w historii NBA: Carisa LeVerta, Jarretta Allena, Taureana Prince’a, Rodionsa Kurucsa oraz trzy wybory w 1. rundzie i cztery swapy.
Nets jednak udało się „odrobić te straty” w kolejnych latach. Za Kyriego Irvinga otrzymali jeden wybór w pierwszej rundzie. Za Duranta poza m.in. Mikalem Bridgesem i Camem Johnsonem aż cztery wybory w pierwszej rundzie i jeden swap. A za Hardena dwa wybory w pierwszych rundach. Potem jeszcze za Bridgesa otrzymali cztery pierwsze rundy i dwa swapy. Nets to jednak rzadki przypadek drużyny, która po oddaniu niemal wszystkich picków potrafiła się odbudować i zapewnić sobie spokojniejszą przyszłość.
Pięć czy dziesięć lat temu, kiedy nie było tych nowych zasad kluby miały „luźniejsze” podejście do wyborów w drafcie. Wielu menedżerów żyło chwilą, bo z sukcesów była rozliczana. Teraz jednak picki mają dużo większe znaczenie, niż w poprzednich latach. Bez nich trudniej jest zbudować zespół, który ma być w czołówce.
Można to też odwrócić – dzięki nowym przepisom posiadanie wielu wyborów w drafcie daje przewagę i umożliwia wejście do czołówki ligi. Wpływ na to ma też styl grania dzisiejszej NBA. To, że gra się bardzo szybko i potrzebni są młodzi zawodnicy, którzy wytrzymają te wszystkie obciążenia, ale ten wątek zostawmy.
W tym przypadku chodzi o to, że kiedyś łatwiej było oddać wyboru w drafcie, bo zawsze miało się jakiś plan B lub C i myślano, że jak nie wypali, to „przecież coś się wymyśli„. Dziś przez przepisy o limitach płac trudniej jest „coś wymyślić„, bo dobrzy zawodnicy chcą większych pieniędzy, a progi podatkowe utrudniają, a nawet uniemożliwiają budowanie zespołu w taki sposób w jaki robiło się to w poprzedniej dekadzie.
Na pewno w nowym CBA będą zmiany i niektóre kwestie mogą być skorygowane. To jednak dopiero za cztery lata, bo obecne obowiązuje do 2030 roku.
Rozpatrując to wszystko w kwestii transferu Giannisa trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: nie jak dobry jest Giannis, kiedy gra jest znakomity, ale co jeśli będzie miał dużo kontuzji? W jakiej sytuacji zostanie klub po dwóch-trzech latach? Czy cena za taki transfer nie będzie zbyt wysoka?
Mam wrażenie, że coraz częściej menedżerowie i właściciele klubów mogą myśleć o perspektywie wielu kolejnych lat, a nie tylko roku czy dwóch. Wyobraźmy sobie, że Golden State Warriors oddają kontrakt Butlera, Kumingę i wybory w drafcie za Giannisa, bo chcą walczyć o mistrzostwo na koniec kariery Stepha Curry’ego. Idea piękna i pomysł świetny, ale co jeśli jeden z liderów dozna kontuzji lub po prostu rywale będą za mocni i „za bardzo wybiegani„? Czy naprawdę Warriors postawią wszystko na jedną kartę, bo za dwa-trzy lata mogą zostać drużyną bez Curry’ego, bez Giannisa i Greena oraz !!! bez własnych wyborów w drafcie, jak obecnie Bucks. Więc wchodzić w etap przebudowy też trzeba umieć i zapewnić sobie możliwie najlepsze ku temu warunki.
Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się nim z innymi w swoich mediach społecznościowych i zostaw komentarz.
A może chcesz wiedzieć czym będzie nowy projekt NBA Europe? W tym tekście rozłożyłem go na czynniki pierwsze.
Więcej moich artykułów znajdziesz tutaj.
Zachęcam też do posłuchania najnowszego odcinka podcastu PROBASKET:










