W świecie współczesnej koszykówki, gdzie innowacje taktyczne często wyznaczają granice sukcesu, starcie Golden State Warriors z Charlotte Hornets przyniosło widowisko wykraczające poza ramy tradycyjnego sportu. Głównym tematem dyskusji po meczu nie stał się sam wynik, lecz ekstremalna, niemal obsesyjna metoda krycia Stephena Curry’ego. Obraz Collinna Sextona podążającego za liderem rywali aż do tunelu prowadzącego do szatni stał się symbolem strategii, którą sami zawodnicy z San Francisco określili mianem „dziwacznej”.
Podczas spotkania kibice byli świadkami scen niecodziennych nawet jak na standardy NBA. Charlotte Hornets ewidentnie zdecydowali, że jeśli chcą zwiększyć swoje szanse na wygraną, to Stephen Curry musi być pilnowany na każdym kroku, niezależnie od tego, czy akcja toczy się wokół piłki, czy na obrzeżach parkietu. Momentem kulminacyjnym była sytuacja, w której gwiazdor Golden State Warriors, chcąc przetestować determinację swojego obrońcy, udał się w kierunku wyjścia do tunelu.
Jak widać na załączonym materiale wideo, Collin Sexton nie odpuścił go ani na krok. Relacje medialne wskazują, że Curry tylko udawał zejście do szatni, by sprawdzić, jak zareaguje jego vis-a-vis. Ten chyba dał się nabrać, po podążył za starszym kolegą po fachu, który… nagle, jak gdyby nigdy nic, zawrócił z powrotem na parkiet.
– Specjalnie stałem długo na swojej połowie, chciałem zobaczyć, czy Sexton nadal będzie mnie pilnował. Szczerze? Świetnie się przy tym bawiłem – przyznał już po meczu weteran NBA, dodając przy tym, że obaj byli świadomi absurdu tej sytuacji i traktowali ją z przymrużeniem oka.
Dla zawodnika o statusie Curry’ego, bycie w centrum uwagi defensywy nie jest nowością, jednak styl zaprezentowany przez Hornets wywołał u niego mieszane uczucia. Z jednej strony, taka intensywność jest dowodem uznania dla jego umiejętności, z drugiej – zaburza naturalny rytm gry.
– Jest w tobie taka część, która się temu sprzeciwia, bo to po prostu nie jest prawdziwa koszykówka. Przerabiałem już wszystko, więc wiem, że jeśli tak zamierzają mnie kryć, potrafię znaleźć sposób, żeby nadal być efektywnym — nie dać się wyrzucić z meczu, a przy okazji przekuć to w coś korzystnego dla drużyny. A momentami aż trudno się nie uśmiechnąć, bo bywa to naprawdę skrajne – skomentował 37-latek, odnosząc się do czasem wręcz przesadnie fizycznej gry w obronie, jaką prezentowali podopieczni Charlesa Lee.
Także z tego powodu występ Stepha można nazwać co najwyżej przyzwoitym – w starciu z rojem popularnych Szerszeni zanotował 14 punktów, trzy zbiórki i pięć asyst przy skuteczności zza łuku wynoszącej zaledwie 25%. Trudno nie odnieść wrażenia, że to problem większy niż sama taktyka. Curry jest przytrzymywany częściej niż inni zawodnicy, co często umyka arbitrom. W meczu z Hornets defensywa była wyjątkowo fizyczna — rywal stał za jego plecami i dosłownie trzymał go w pasie.
Inna sprawa, że koszykarze Charlotte postawili wszystko na zatrzymanie Curry’ego i zapłacili za to wysoką cenę. Potrójne krycie Stepha rozciągnęło obronę i otworzyło autostradę dla jego kolegów, a Draymond Green natychmiast to wykorzystał, będąc tego wieczoru czołowym strzelcem z dystansu w drużynie. Po meczu nie owijał w bawełnę, nazywając tę strategię sztuczną i kompletnie oderwaną od normalnej koszykówki („gimmicky defense”).
– Postawili tego młokosa (Ryana Kalkbrennera – przyp. aut.) pod koszem, więc pomyślałem — niech wie, że jeśli zostawi mi tyle miejsca, będę trafiał mu nad głową raz za razem. Tak się u nas mówi – stwierdził w swoim charakterystycznym stylu Dray. Skrzydłowy zauważył w dodatku, że gdyby nie jego skuteczne rzuty, atak jego drużyny nie miałby odpowiedniego rytmu, a Curry byłby pod jeszcze większą presją obrońców. Tymczasem, mimo prób ze strony rywali, to Warriors byli górą, wygrywając 136:116.
– Już po ostatnim meczu zwracałem uwagę, że ich szkoleniowiec forsuje tę dziwaczną, przekombinowaną obronę. Wiedziałem, że trzeba to bezlitośnie wykorzystać — wielu trenerów przekonało się wcześniej, że takie eksperymenty kończą się źle. Ta taktyka po prostu się nie sprawdza – dodał Green, chociaż zaznaczył również, że osobiście nie ma nic przeciwko Charlesowi Lee.
Skuteczność Warriors, którzy po raz trzeci z rzędu mieli dziesięciu zawodników z co najmniej jednym trafieniem zza łuku, zdaje się potwierdzać słowa Draymonda. Próba gry przeciwko jednemu zawodnikowi zamiast całemu systemowi ostatecznie mimo wszystko musi odbić się na obronie, co w tym przypadku boleśnie odczuli Hornets.










