Orlando Magic spotkali się z Memphis Grizzlies na europejskiej ziemi, w hali Uber Arena w Berlinie, dzięki czemu dostaliśmy wczorajszego wieczoru dobre, zacięte widowisko i też jeden z najbardziej widowiskowych wsadów tego sezonu. Reszta nocy przyniosła m. in. świetną czwartą kwartę Thunder przeciwko bezradnym Rockets, krótki i jednostronny pojedynek Victora Wembanyamy z Giannisem Antetokounmpo, czy niespodziewane lanie, jakie Hornets sprawili Lakers.
Orlando Magic – Memphis Grizzlies 118:111
- Dość nietypowo dla NBA, w środku tygodnia dostaliśmy mecz w godzinach wieczornycvh naszego lokalnego czasu. Stało się tak dlatego, że najlepsza liga świata zawitała do Europy, a konkretnie do Berlina. Orlando Magic w roli gospodarzy podjęli Memphis Grizzlies, pokonując ich ostatecznie 118:111. Rola Magic jako gospodarzy wynikała głównie z obecności w ich składzie braci Wagner, których kibice oklaskiwali głośno, przy których rzutach wolnych krzyczęli „MVP!”, oraz których rodziców pokazywano co rusz na zbliżeniach. Nie są to pewnie największe gwiazdy na rynek europejski, jakie można sobie wyobrazić. To jednak ma drugorzędne znaczenie, bo widowisko było naprawdę świetne.
- Wcale jednak nie musiało tak jednak być. Mecz rozpoczął się wyraźnie pod dyktando Grizzlies i bardzo wcześnie można było odnbieść wrażenie, że prowadzi to do blowoutu. Szybkie 10 punktów w pierwszej kwarcie zdobył Santi Aldama, Jaren Jackson Jr. szybko w drugiej kwarcie dobił do 16 zdobytych punktów, a przewaga Memphis po kilkunastu minutach gry sięgneła 20 oczek. To jednak nie był początek końća.
- Magic jeszcze w drugiej kwarcie zniwelowali stratę do poniżej 10 punktów, a w trzeciej sami wyszli na 10-punktowe prowadzenie. Wymiernie pomogły trzy trójki trafione przez Paolo Banchero w drugiej kwarcie.
- Dostaliśmy więc zaciętą końcówkę, w której sporo było izolacji, prostych błędów i strat. Więcej zimnej krwi zachopwali jednak Magic, na czele z Franzem Wagnerem, dla którego nie był to wybitny występ, ale który to dowiózł na końcu, zdobywając 10 ze swoich 18 punktów w ostatnie trzy minuty. Ku uciesze niemieckiej publiczności rzecz jasna. Słuchanie niemieckiego spikera w przerwach było wyjątkowym doświadczeniem.
- Dostaliśmy też jeden z najlepszych wsadów sezonu. Anthony Black w kontrataku skaczący razem z czterema obrońcami. Brutalnie:
- Najlepszym strzelcem Magic był Paolo Banchero z dorobkiem 26 punktów, 13 zbiórek, czterech asyst i czterech przechwytów. Wspomniany Franz Wagner dorzucił 18, a Anthony Black 21 punktów. Magic zdominowali rywali na deskach, zdobywając aż 19 zbiórek ofensywnych. Po raz kolejny potwierdza się, że Jaren Jackson Jr. przy swoich warunkach fizycznych jest fatalny na tablicach.
- Jackson Jr. był jednak najważniejszym ogniwem ofensywnym Grizzlies. Trafił 12/22 z gry na 30 punktów. Zebrał jednak trzy piłki w 32 minuty gry jako gracz z 224 centymetrową rozpiętością ramion. Z ławki 18 punktów dorzucił Santi Aldama, a 17 zdobył Cedric Coward.
- Dla Orlando Magic to druga wygrana z rzędu po zwycięstwie nad Pelicans. Z bilansem 23-18 zajmują dopiero szóste miejsce na wschodzie, ale tracą tylko dwa zwycięstwa do TOP3.
- Memphis Grizzlies wygrali tylko trzy z ostatnich 10 meczów. Ja Morant opuścił już szósty mecz z rzędu z powodu kontuzji łydki… Albo z powodu zbliżającego się transferu.
Detroit Pistons – Phoenix Suns 108:105
- Detroit Pistons, aktualni liderzy Konferencji Wschodniej, pokonali Phoenix Suns 108:105, odrabiając w trakcie meczu stratę aż 16 punktów z pierwszej połowy.
- W drugiej kwarcie Phoenix Suns zaczęłi łapać rytm, wyszli na 15-punktowe prowadzenie, a Grayson Allen już do przerwy miał na koncie 21 punktów. Po zmianie stron Pistons odrobili jednak straty i dostaliśmy wyrównaną drugą połowę.
- Decydujący moment przyniosła czwarta kwarta. Tobias Harris trafił ważny rzut nad Dillonem Brooksem nas niespełna 4 minuty przed końcem i dał Detroit prowadzenie, którego już nie oddali. Suns mieli jeszcze szansę w ostatnich sekundach, ale Robinson spudłował jeden z dwóch rzutów wolnych, a Grayson Allen nie wykorzystał ostatniej próby za trzy przed końcową syreną – do tego moemntu miał w meczu skuteczność 7/19 (36,8%)
- Pistons udało się wyrwać zwycięstwo, chociaż mecz nie układał się po ich myśli. Cade Cunningham miał wyjątkowo słaby wieczór (10 punktów przy skuteczności 3/16 z gry, 0/7 za trzy i 4/9 z linii rzutów wolnych), a cały zespół zmagał się z problemami na linii rzutów wolnych. Kluczowe punkty dołożyli Duncan Robinson (19 punktów) i Jalen Duren, który zdominował tablice (16 punktów i 18 zbiórek).
- Po stronie Phoenix brylował Grayson Allen, zdobywca 33 punktów. Stał się pierwszym graczem w historii Suns, który w jednej kwarcie trafił trzy trójki i zaliczył trzy bloki. Brak kontuzjowanego Devina Bookera okazał się zbyt dużym obciążeniem.
Miami Heat – Boston Celtics 114:119
- Boston Celtics przegrywali z Miami Heat już 19 punktami po zaledwie siedmiu minutach gry, a mimo to zdołali odwrócić losy spotkania i zwyciężyć 119:114.
- Heat rozpoczęli spotkanie fenomenalnie – seria 28:9 na początku pierwszej kwarty postawiła Celtics w wyjątkowo trudnej sytuacji. Tak duży comeback zdarzył się Bostonowi dopiero po raz drugi w tym sezonie – w grudniu udało im się pokonać Pacers, przegrywając uprzednio różnicą 20 punktów.
- Po trzech kwartach mniejszej lub większej dominacji Heat, przełamanie Bostonu przyszło dopiero w znakomitej czwartej kwarcie. Celtics wygrali ją 36:21, a największy udział w tym miał Anfernee Simons. Rozgrywający z ławki zdobył w ostatniej odsłonie 18 ze swoich najlepszych w sezonie 39 punktów. W pewnym momencie trafił 11 kolejnych punktów Bostonu, co pozwoliło zniwelować większość strat. Simons został czwartym zawodnikiem Celtics w ostatnich 50 latach, który zdobył co najmniej 39 punktów jako rezerwowy. Wcześniej dokonali tego Larry Bird, Todd Day i Payton Pritchard.
- Decydujące momenty należały jednak do liderów. Jaylen Brown dołożył 27 punktów, w tym kluczową trójkę na cztery minuty przed końcem, która dała Celtics prowadzenie.
- Boston był lepszy przede wszystkim pod koszem. Choć żaden ich zawodnik nie zdobył dwucyfrowej liczby zbiórek, Celtics wygrali na deskach aż 51:40, wyrywając aż 18 zbiórek w ataku.
- Po stronie Heat najlepiej spisali się Norman Powell (26 pkt), Bam Adebayo i Tyler Herro (po 22 pkt) oraz Andrew Wiggins (16 pkt). Miami grało bez dwóch ważnych graczy: Daviona Mitchella (bark) i Jaime Jaqueza Jr. (kolano).
Houston Rockets – Oklahoma City Thunder 91:111
- Oklahoma City Thunder kontynuują passę pięciu kolejnych już zwycięstw i umacniają się na czele NBA. Dziś pokonali Houston Rockets aż 111:91. Decydująca okazała się dopiero ostatnia kwarta, w której obrońcy tytułu zachodniej rozbili rywali 34:16.
- Początek czwartej kwarty był jeszcze wyrównany (prowadzenie Thunder tylko 2 punktami), ale wtedy gospodarze ruszyli do ataku. Seria 11:2, z trójkami Ajaya Mitchella i Casona Wallace’a, dała im prowadzenie 90:79. Później kolejny zryw, seria 7:0 po trójce Mitchella i efektownym wsadzie Jaylina Williamsa, powiększyła prowadzenie do 99:83 na cztery minuty przed końcem. W tym momencie wielu kibiców w Houston zaczęło kierować się do wyjść.
- Trener Rockets Ime Udoka otrzymał przewinienie techniczne za dyskusje z sędziami w przerwie na żądanie, co tylko pogorszyło sytuację. Udoka zbulwersował się po oczywistym błędzie połowy OKC, którego sędziowie nie odgwizdali:
- Po wolnym za techniczne wykonanym przez Gilgeous-Alexandera i kolejnych trafieniach OKC przewaga urosła do 23 punktów (106:83). Houston nie potrafiło odpowiedzieć, przez ponad pięć minut nie zdobyło żadnego punktu.
- Shai Gilgeous-Alexander zdobył 20 punktów i jak zwykle był liderem ataku Thunder. Chet Holmgren wsparł go 18 punktami, a z ławki błysnął Cason Wallace, notując 17 punktów w kluczowych momentach meczu.
- Rockets pomimo dominacji na tablicach (60:44) nie mieli argumentów w ataku. Trafili zaledwie 7 z 24 rzutów za trzy (29,2%) i skończyli mecz ze skutecznością 33,7% z gry. Thunder odpowiedzieli 46,1% z gry i 16 trójkami na 41 prób (29%). Najwięcej punktów dla Rockets zdobył Kevin Durant, 19. Alperen Sengun zdobył 13 zbiórek z czego aż 5 w ataku, dodał pięć asyst, ale też tylko 14 punktów.
San Antonio Spurs – Milwaukee Bucks 119:101
- Mieliśmy dostać kapitalny pojedynek Victora Wembanyamy z Giannisem Antetokounmpo… Pojedynek dostaliśmy, ale krótki, bo też do jednej bramki. San Antonio Spurs pokonali Milwaukee Bucks aż 119:101, a francuski gigant – od teraz łysy – był kluczową postacią spotkania. Pomimo kolejnego niepokojącego momentu w pierwszej kwarcie.
- W 9. minucie pierwszej odsłony doszło do kolizji kolano w kolano z Giannisem Antetokounmpo. Wembanyama upadł z bólu, po czym wstał i pobiegł w kierunku szatni. Wielu obawiało się powtórki z 31 grudnia, kiedy to w starciu z Knicks doznał urazu kolana i opuścił dwa kolejne mecze:
- Tym razem wrócił na ławkę już pod koniec pierwszej kwarty, a od drugiej odsłony znów pojawił się na parkiecie. W 12 minutach drugiej kwarty zdobył 11 punktów, zebrał sześć piłek i zaliczył blok. Spurs wygrali tę kwartę 35:26 i do przerwy prowadzili już 66:53. W trzeciej kwarcie przewaga urosła aż do 37 punktów, więc w czwartej grali już rezerwowi. Modelowy blowout.
- Ostatecznie Wembanyama zakończył mecz z 22 punktami i 10 zbiórkami w przeciągu niespełna 22 rozewgranych minut. Świetnie wsparli go Stephon Castle (19 punktów, 10 asyst) oraz Julian Champagnie (13 punktów, 11 zbiórek). Jeremy Sochan wyszedł na parkiet tylko na 10 minut, trafiając w międzyczasie 1/3 z gry na dwa punkty, jedną zbiórkę i dwa faule.
- Giannis w indywidualnym pojedynku z Wembanyamą obronił się – przez 22 mienuty zdobył 21 punktów i pięc zbiórek. Nie obronili się jednak jego Bucks. Z aż 48 oddanych przez Milwaukee trójek, drogę do kosza znalazło tylko 17 z nich. W ofensywie próbował swoich sił Kyle Kuzma, zdobywając 18 punktów przy skuteczności 5/13 z dystansu.
- Milwaukee Bucks ponieśli trzecią z rzędu porażkę i drugą tak wysoką w krótkim odstępie czasu po wtorkowym upokorzeniu w Minnesocie (139:106).
Dallas Mavericks – Utah Jazz 144:122
- Klay Thompson wrócił do formy strzeleckiej i poprowadził Dallas Mavericks do wysokiego zwycięstwa nad Utah Jazz 144:122. Klay zdobył najlepsze w tym sezonie 26 punktów, trafiając sześć trójek – również najlepszy wynik w tym sezonie.
- To właśnie te sześć celnych rzutów za trzy pozwoliło Thompsonowi awansować na czwarte miejsce w historii NBA pod względem liczby trójek trafionych w karierze. Z dorobkiem 2 809 trójek wyprzedził Damiana Lillarda (2 804). Na czele listy pozostają Stephen Curry, James Harden i Ray Allen.
- Thompson trafił 10 z 18 rzutów z gry i wchodząc w buty lidera dołożył aż sześć asyst. Mavericks zagrali bez kontuzjowanego debiutanta Coopera Flagga (skręcenie kostki w środowym meczu z Denver). Naji Marshall dołożył 22 punkty, a cały zespół wykorzystał słabość Jazz w obronie. Utah pozwala rywalom na najwięcej punktów (127,0) i trójek (15,6) w lidze w tym sezonie.
- Po stronie Jazz znów najlepiej spisał się Brice Sensabaugh z 27 punktami z ławki. Trafił on 10/15 z gry dzień po kapitalnym występie na 43 punkty. Aż pięciu innych graczy zdobyło po kilkanaście punktów. Drużyna z Salt Lake City znów grała bez swojego lidera, Lauri Markkanena, który opuścił drugi mecz z rzędu z powodu choroby. Bilans Utah spadł do 14-27 i zajmują oni odległe, 13. miejsce na zachodzie. Mavs są tuż przed nimi (16-26). Obie ekipy zmierzą się ponownie już w sobotę, znów w Dallas.
Portland Trail Blazers – Atlanta Hawks 117:101
- Po ostatniej porażce przeciwko Lakers, Atlanta Hawks odnoszą drugą przegraną z rzędu – tym razem pokonali ich Portland Trail Blazers. Ekipa z Portland odbija się po dwóch kolejnych porażkach i wygrywa mecz bez swojego lidera, Deni Avdiji, który ma problem z plecami.
- Mecz rozstrzygnął się na starcie czwartej kwarty, kiedy to Blazers zanotowali run 11:0, w trakcie którego Hawks popełnili stratę i spudłowali cztery kolejne rzuty z dystansu. Atlanta zniwelowała jeszcze straty do siedmiu oczek, ale po trafieniu Ryana Ruperta, kolejnej stracie Jalena Johnsona i layupie Jrue Holiday’a na nieco ponad cztery minuty przed końcem, mecz trafił już do zamrażarki. Hawks do końca meczu trafili już tylko jeden rzut.
- Znów zawiódł lider Atlanty, Jalen Johnson. Zdobył skromne 12 punktów, dokładając 11 zbiórek, sześć asyst, ale też aż sześć strat. To symptomatyczne – Hawks popełnili łącznie aż 18 strat. Portland zdominowali też tablice, zdobywając aż 16 zbiórek w ataku. Duża w tym zasłuiga Donovana Clingana, który sześc ze swoich 12 zbiórek zgarnął właśnie z atakowanej tablicy.
- Najlepszym strzelcem Blazers okazał się być Shaedon Sharpe, który do 24 punktów dorzucił dziewięc zbiórek i pięć asyst. Z ławki kolejno 16 i 13 punktów dołożyli Jerami Grant i Ryan Rupert.
- Po stronie Hawks najlepszym punktującym okazał się ich nowy nabytek, CJ MCCollum. Choć trafił tylko 1/6 z dystansu, uzbierał 20 punktów z ławki. Trener Quin Snyder bardzo chciał wyciągnąć centra rywali spod kosza – Onyeka Okongwu oddał aż 15 rzutów za trzy. To liczba, którą niecodziennie widzimy w linijce statystycznej centra. Trafił niezbyt imponujące pięć z nich.
Golden State Warriors – New York Knicks 126:113
- Pierwsza kwarta w starciu z Golden State Warriors należała do New York Knicks. Narracja meczu szybko jednak się odwróciła. Ostatecznie to Warriors wygrywają 126:113 po świetnym indywidualnym występie Jimmiego Butlera.
- Knicks bardzo szybko weszli na odpowiednie obroty, już w pierwszych minutach wychodząc na prowadzenie sięgające 17 punktów. Steph Curry i Draymond Green pierwsze minuty na spółę rozpoczęli od trzech strat i czterech spudłowanych trójek. Warriors jednak wzięli się w garść i pierwszą kwartę kończyli już tylko z pięcioma punktami straty.
- Po wyrównanej drugiej kwarcie, w której prowadzenie zmieniało się regularnie, Warriors przycisnęli w trzeciej kwarcie. Już w pierwszych minutach porzeprowadzili run 14:3, dostając m. in. dwa kolejne trafienia Quintena Posta, czy dwie trafione trójki Stepha. Ta seria ustawiła dynamikę meczu już do końca – choć rosło i topniało, prowadzenie GSW trwało już do końca.
- Warriors mieli problem z tym, żeby zatrzymać na deskach Karl-Anthony’ego Townsa. Center Knicks w 30 minut do swoich 17 punktów dołożył aż 20 zbiórek, z czego osiem w ataku. Trener Steve Kerr wyszedł Quintenem Postem w pierwszej piątce, ale grał on tylko 11 minut – więcej na środku grali Al Horford i Draymond Green.
- Najlepszym strzelcem ekipy z San Francisco okazał się Jimmy Butler. Zdobył on 32 punkty, dokładając osiem zbiórek i cztery asysty. Kolejne 27 punktów i siedem asyst dorzucił Steph Curry, a 21 punktów na świetnej skuteczności 7/9 za trzy dodał Moses Moody.
- Dla Knicks po 25 punktów zdobyli Miles McBride i OG Anunoby. Nowojorczycy wciąz grają berz Jalena Brunsona, który zmaga się z kontuzją kostki.
Los Angeles Lakers – Charlotte Hornets 117:135
- Kolejny dobry mecz rozegrał LeBron James, znów świetnie wyglądał Luka Doncic… A jednak Los Angeles Lakers nie byli w stanie poradzić sobie z Charlotte Hornets. Ba, nie byli nawet szczególnie blisko.
- Początek zdawał się być pod kontrolą Jeziorowców. Szybko w pierwszej kwarcie wyszli na dwucyfrowe prowadzenie, które jednak szybko też zaczęło się sypać. W drugiej kwarcie Hornets wzięli się w garść i sprawili Lakers – co tu dużo mówić – lanie. Drużyna z Charlotte wygrała drugą ćwiartkę aż 34:16, zatrzymując rywali na skuteczności 5/18 z gry (27,8%). W trzeciej kwarcie przewaga Hornets wzrosła jeszcze do 15 oczek, na co Lakers do końca meczu nie potrafili znaleźć odpowiedzi.
- Liderzy Los Angeles rozegrali indywidualnie udane występy. LeBron James do 29 punktów dodał dziewięc zbiórek i sześć asyst, a Luka Doncic uzbierał aż 39 punktów, trafiając 6/11 z dystansu. Zabrakło jednak wsparcia. Gabe Vincent w 15 minut z ławki spudłował wszystkie 7 rzutów, Marcus Smart trafił 1/5 za trzy, a Rui Hachimura dołożył 1/4 z ławki. Lakers nie potrafili też zatrzymać Hornets na obwodzie. Charlotte oddało aż 43 trójki, trafiając bardzo dobre 20 z nich (46,5%).
- Najlepszym strzelcem Hornets okazał się LaMelo Ball, który aż 27 ze swoich 30 punktów zdobył w drugiej połowie. Do tego dorzucił sześć zbiórek i 11 asyst, trafiając po drodze świetne 9/17 z dystansu. Kolejne 26 punktów zdobył Brandon Miller, a 25 Miles Bridges.










