Houston Rockets wygrali z Sacramento Kings i po raz pierwszy w sezonie mają dodatni bilans spotkań. Finaliści Zachodu z poprzedniego sezonu zanotowali 4 zwycięstwa z rzędu i, po słabym początku rozgrywek, wychodzą na prostą. Czy to już koniec kryzysu Hardena i spółki?


W ostatnich dniach pisaliśmy dużo o Rockets. Wszystko to za sprawą Carmelo Anthony’ego, który najpierw zakończył przygodę z drużyną z Houstonu, ale jeszcze nie może odejść z zespołu. Zespół bez Melo wygląda zdecydowanie lepiej. Czy odpowiedź na słabe wyniki była tak prosta?

Carmelo symptomem, nie chorobą

Rockets byli o włos od wyeliminowania Golden State Warriors w finale konferencji. Wielu ludzi twierdzi, że gdyby nie kontuzja Chrisa Paula, Rakiety wygrałyby tę rywalizację.

W tym sezonie mieli postawić się panującym GSW. Przed sezonem stracili oni jednak Trevora Arizę i Luca Mbah a Moute, bo nie chcieli im zapłacić. Ariza zostałby na kolejny rok za 11-12 milionów, Mbah a Moute za jeszcze mniej, ale właściciele drużyny nie chcieli płacić podatku od luksusu. Zamiast tego sprowadzili za minimum dla weterana Carmelo Anthony’ego, prywatnie bardzo bliskiego przyjaciela Chrisa Paula.

Melo był na siłę wypychany z Oklahomy City Thunder. Zespół chciał nawet wypłacić jego kontrakt, by nie mieć go w swoim składzie na przyszły sezon. Z pomocną ręką przyszli im Hawks, którzy oddali Dennisa Schrodera w zamian za Carmelo. Kontrakt Anthony’ego został wykupiony i mógł podpisać umowę z Houston. OKC musi być zadowolona z tej wymiany, widząc jak dobrze młody Niemiec wkomponował się w drużynę.

Początki Melo w Teksasie były trudne. Szybko więc się go pozbyto. Zespół zaczął grać znacznie lepiej. Prosty wniosek: wszystkiemu winien Melo. Nie jest to jednak prawda. A na pewno nie cała prawda.

Kontuzje i ławka

Zespół przegrywał na początku w dużej mierze przez problemy kadrowe i brak głębi składu. Z zespołu odeszli Ariza i Mbah a Moute, czyli gracze “3&D”, potrafiący bronić i rzucać. W ich miejsce zostali sprowadzeni: Melo, Michael Carter-Williams i James Ennis III. Celem tych transferów było ściągniecie graczy, którzy sami mogą sobie kreować okazje, a nie tylko polegać na Jamesie Hardenie i Paulu. CP3 jest już po trzydziestce i jako niski rozgrywający na parkiecie zostawia znacznie więcej energii. Objawia się to kontuzjami i urazami. W poprzednim sezonie cała ofensywa polegała na kreowaniu akcji przez duet Harden-Paul. Letnie transfery miały pozwolić nieco odpocząć nie najmłodszemu Chrisowi.

Tylko że wprowadzenie osób odpowiedzialnych za kreację do nowej ofensywy wymaga czasu. Tego czasu Rockets jeszcze nie mieli.

Tym bardziej, że Chris Paul został zawieszony po słynnej szarpaninie w meczu z Los Angeles Lakers, a Ennis i Harden wypadli na trzy mecze przez kontuzje. Wobec nieobecności swoich liderów, zadyszkę złapał też Eric Gordon, któremu piłka zwyczajnie nie wpadała.

Być może największym problemem Melo było to, że on był wtedy zdrowy. Szybko więc na niego spadły gromy, bowiem rzucał ze słabą skutecznością i nie zdobywał zbyt wielu punktów. Krytycy jednak nie patrzyli na to, że nikt w drużynie nie czuł się dobrze w tym ustawieniu. Brakowało kreatorów z tyłu.

Nie jest to próba obrony Melo. 34-letni skrzydłowy nie zmienił swojej gry, a jego wydolność i siła osłabły. Carmelo nie jest już w stanie przedryblować obrońców. Nie jest on też najlepszym strzelcem zza łuku. Do tego jest naprawdę słabym obrońcą. Nie wiadomo nawet, czy on jest jeszcze w stanie grac w NBA.

To wszystko jednak było wiadomo przed sezonem. Obwinianie Anthony’ego za to, że nie gra tak, jak 10 lat temu, jest bezsensowne. Rockets wiedzieli, co brali.

Nikt też nie zauważa, jak złym nabytkiem jest Michael Carter-Williams. Rezerwowy rozgrywający jest znacznie gorszy, niż Anthony. Nikt nawet nie próbuje kryć MCW na łuku, bo każdy wie, że to jeden z najgorszych strzelców w lidze. Często więc celowo drużyny broniące zostawiają go niekrytego, bo szansa na to, że trafi za 3 jest niemal znikoma.

Skuteczny brak zmian

Mike D’Antoni nigdy nie lubił rotować składem. Nawet w jego słynnej siedmiosekundowej ofensywie w Phoenix grał 7,8 zawodnikami.

W tym sezonie szkoleniowiec Rockets szybko doszedł do podobnego wniosku. Menadżer wrócił do sprawdzonych sprzed roku metod: grania ośmioma zawodnikami i nie patrzenia na resztę. Tak wygląda Houston .Znów to rozwiązanie się sprawdza. Tylko, czy wystarczy im sił, by tak grac przez cały sezon? Przecież letnie transfery były właśnie po to, by grać szerszym składem i mieć wypoczętego Chrisa Paula. CP3 jest o rok starszy, a wygląda na to, że by zespół miał szansę wygrywać, musi grać niemal od deski do deski. Jak długo zdrowie Chrisa mu na to pozwoli? Na te pytania na razie nikt nie stara się odpowiadać, bowiem są wyniki. Rockets żyją więc chwilą, a media mają pożywkę z Carmelo.

Zespół wygląda niemal tak, jak przed rokiem. Ennis (w pięć lat w lidze 5 klub) wpasował się w rolę Arizy. Może nie jest aż tak dobrym obrońcą, ale rozciąga ofensywę i rzuca z dystansu. P.J. Tucker robi dokładnie to samo. Hadren i Paul na zmianę grają pick-and-rolle z Clintem Capelą. Gordon daje punkty z ławki.

Czy Houston Rockets mogą znów sprawić problemy Golden State Warriors? Pewnie, że tak. Mistrzowie NBA mają swoje problemy. Tak duże, jak nigdy wcześniej. Poza tym Steph Curry jest coraz częściej kontuzjowany i jego zdrowie znów może nie wytrzymać w kluczowej części sezonu. Oczywiście, Houston musi liczyć na słabość Golden State, ale mają powody, by mieć nadzieję.

Tylko, czy im wystarczy na tyle siły i zdrowia? Chris Paul w listopadzie spędza na parkiecie więcej minut niż przed rokiem (średnio 34,6 min/mecz). Średnio rzuca też więcej w meczu, niż przed rokiem.

Rockets wygrywają, ale mają swoje problemy. I nie, Carmelo Anthony nie był najważniejszym. Houston grają dobrze, gdy grają tak jak przed rokiem: szybkie tempo, rozciąganie kortu, opieranie akcji na Hardenie i Paulu, zawodnicy 3&D i pick-and-rolle. Zespół z Teksasu utknął jednak w pozycji, z której może nie mieć wyjścia. D’Antoni wie, że jeśli chce wygrywać, CP3 musi grac dużo minut. Musi jednocześnie dać mu odpocząć, by nie połamał się przed play-offami. Tylko, że nie może dać mu odpocząć, bo bez niego może nawet tych PO nie być. Jeśli szkoleniowiec Rockets nie wymyśli szybko jakiegoś rozwiązania z tej patowej sytuacji, może się okazać, że Carmelo Anthony był jedynie najmniejszym problemem Rockets.

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Grzegorz Esnomorethibs Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
nomorethibs
Gość
nomorethibs

dobre podsumowanie. w sumie by widzieć ładną, zaciętą rywalizację gsw z houston w finałach, warto by dawać odpoczynek CP3 i Stephowi i dluższą rekonwalescencję, nawet kosztem bilansu sezonu regularnego. Warriors coś o tym wiedzą i to było jednym z kluczy sukcesów długoterminowo Spurs – stabilna forma zawodników. Fakt, że nie nabiją więcej osobistych stat, ale nie każdy jest niezniszczalny jak LeBron…

Grzegorz Es
Gość
Grzegorz Es

Dobry artykuł