Czasem za wielką decyzję odpowiadają zwykli ludzie. To teoria, która może tyczyć się nie tylko wydarzeń politycznych, ale również świata sportu w tym koszykówki. Tegoroczny rynek transferowy zdaje się tą teorię potwierdzać.


Jeszcze kilka tygodni temu jednymi z pretendentów do podpisania wielkich nazwisk byli New York Knicks. Ulubieńcy Spike’a Lee mieli w planach najpierw podbicie ceremonii draftu pozyskując rozchwytywanego Ziona Willamsona by następnie otoczyć go gwiazdami ligi kalibru Kevina Duranta czy Kyrie Irvinga. Niestety, nieudana loteria rozpoczęła cały efekt domina, który spalił na panewce dotychczasowe plany Nowojorczyków, przynajmniej z tej strony Big Apple. Szczęście, dosyć niespodziewanie, uśmiechnęło się w stronę Brooklynu. Czy jednak ostatnie ruchy kadrowe Nets są dziełem przypadku, a może zasługą kilku postronnych osób?

Zacznijmy od początku. W trakcie ubiegłych rozgrywek, Spencer Dinwiddie grający życiowy sezon, przystał na trzyletni kontrakt wart 34 miliony dolarów jako przedłużenie współpracy z drużyną z Brooklynu. Część ekspertów śmiało twierdzi, że rozgrywający mógł poczekać z tą decyzją do początku rynku wolnych agentów. Stając się wolnym, mógłby wynegocjować większą sumę pieniędzy. Pamiętajmy jednak, że dla zawodnika który nigdy wcześniej nie zarobił więcej niż 1.5 miliona dolarów za rok gry, taka kasa to wielka szansa oraz swego rodzaju splendor, zwłaszcza gdy oferuje Ci je drużyna dająca Ci w przeszłości spory kredyt zaufania.

Ruch Dinwiddiego mógł być jednak bardziej przemyślany niż nam się wydaje. Do tej pory w kwestii Duranta i Irvinga mówiło się w kontekście dołączenia do Nowego Jorku, z tym że do sąsiadów zza miedzy. Jak donosi Marc Stein, kluczową rolę w trakcie rekrutacji odegrał właśnie rezerwowy Nets.

Według dziennikarza, zamiłowanie Irvinga do Nets, które rosło w trakcie sezonu wielkich spięć i rozczarowań dotyczących Boston Celtics, nie wynika jedynie z faktu spędzenia dzieciństwa w New Jersey. Rzekomo wynika ono po części ze świetnej reklamy organizacji, którą zajął się właśnie wspomniany Spencer Dindwiddie.

Do niedawna nasz cichy bohater był dla Kyrie Irvinga kolegą ze szkolnej ławki. Panowie uczęszczali wspólnie na kurs dla sportowców pt. ,, Crossover into Business” odbywający się na Harvardzie. Zajęcia rozpoczęły się jesienią zeszłego roku, a ich kontynuacja trwała później zdalnie przez cały semestr. Tak krótki czas pozwolił jednak na nawiązanie kluczowej z perspektywy czasu relacji. To właśnie tam zawodnicy z dwóch odmiennych ligowych pozycji zaczęli budować więź, prowadząca najpierw do wspólnego dialogu, a z kolejnym krokiem również do wspólnej gry. Jak twierdzi Stein, to właśnie Dinwiddie stanął na czele pertraktacji z Uncle Drew będąc mediatorem nie tylko przy rozmowach z nim, ale także z Kevinem Durantem. Według innych źródeł Irving nie był uprawniony by dyskutować o kontrakcie publicznie, a Dinwiddie sprawował jedynie funkcje jego ,,agenta”.

Władze ligi nie traktują rozmów między zawodnikami jako sabotaż (do momentu, gdy zawodnik nie był bezpośrednio kierowany przez kierownictwo innego klubu). Dinwiddie zna realia ligi, zna również wartość Irvinga, dlatego nie potrzebował pomocy Seana Marksa by ten mówił mu, co ma robić.

Jeśli chodzi o Duranta, do przenosin na Brooklyn namawiał go również jego bliski przyjaciel- DeAndre Jordan. Decyzja KD była jednak uzależniona od innych czynników. Kevin Durant nigdy w dotychczasowej karierze nie prowadził zespołu sam. W Oklahomie musiał dzielić pierwsze skrzypce z Russellem Westbrookiem. Mówiąc skrótowo, brak sukcesów i złamana obietnica utrzymania dotychczasowego trzonu zespołu zmusiła KD do opuszczenia grona Grzmotów.

Wybór padł na Oakland, gdzie dołączył do mistrzowskiej ekipy mając stanowić swego rodzaju dodatkowe zagrożenie. W razie gdyby zawiódł, sprawy w swoje ręce zawsze mogli wziąć Stephen Curry czy Klay Thompson, zawodnicy którzy nieraz udowadniali swoją wartość dokonując rzeczy wielkich, śmiem nawet stwierdzić wybitnych. Działając w takim systemie łupem KD padły dwa mistrzostwa NBA i dwie statuetki MVP Finals. Od samego początku musiał sobie jednak radzić z ogromną presją oraz łatką ,, tego, który przyszedł już na gotowe”. Wyniki zespołu i postawa zawodnika broniły się dotychczas same za siebie. Bieżące rozgrywki przyniosły niestety kilka problematycznych sytuacji, od konfliktu z Draymondem Greenem po kontuzje w połowie drogi o tytuł. Rosnąca frustracja, presja otoczenia, a także małe spięcia sprawiły, iż KD coraz bardziej oddalał się od zespołu nie tylko fizycznie, ale również mentalnie.

KD ani razu od początku wykrycia kontuzji nie udzielił głosu w tej sprawie. Zespół też przez cały czas przekładał termin powrotu, wymyślając coraz to nowsze wymówki. Ostatecznie Durant pojawił się na parkiecie w meczu nr 5 i zakończył je po 12 minutach…z zerwanym ścięgnem Achillesa. Czas leciał nieubłaganie. Do początku lipca było coraz bliżej i z każdym dniem coraz mniej osób łudziło się na powtórny widok zmagań Durantuli w koszulce Wojowników. Napływają również plotki o tym, że skrzydłowy od dłuższego czasu nie mógł znaleźć wspólnego języka ze Stevem Kerrem. KD nie może też chyba przebaczyć tego, co wyrządził mu uległy presji otoczenia sztab medyczny Warriors. Środowisko zawodnika bardzo mocno rozważa wystosowanie pozwu przeciwko Golden State w związku z przedwczesną decyzją o wyjściu na parkiet, która de facto wyeliminowała go z prawie całych przyszłorocznych rozgrywek. Źródła mówią o zadośćuczynieniu równym miliard dolarów.

Zgrzyty i pewne niedopowiedzenia sprawiły, że Durant postanowił połączyć siły z DeAndre Jordanem i Irvingiem. Cały tercet przyczynił się do postrzegania Knicks jako największych przegranych tego lata. Oczywiście nie można całości zasług przypisywać kilku osobom z bliskiego środowiska zawodników. W ciągu kilku ostatnich lat Nets udało się zbudować bardzo dobry, młody i perspektywiczny zespół, który awansował podczas ubiegłych rozgrywek do play-offs. Dołączenie Duranta i Irvinga może im tylko pomóc wejść na poziom, o którym Nowojorczycy marzą od czasu nieudanego projektu drużyny gwiazd z 2013 roku z Kevinem Garnettem, Paulem Piercem i Deronem Williamsem na czele. Drużyna Kenny Atkinsona broniła się po prostu wynikami.

Decyzje kadrowe ekipy z Brooklynu zmieniły postrzeganie ich przez inne zespoły o 180 stopni. Do tej pory reszta ligi z uwagą i uznaniem przyglądała się skutecznej przebudowie oraz rozwojowi młodych gwiazd jak np. D’Angelo Russell. Nowojorczycy odrzucili ten plan i wrócili do planu tworzenia zespołu wielkich nazwisk niezwiązanych dotychczas z Nowym Jorkiem. Czy połączenie sił zawodników, którzy w poprzednich ekipach mieli spore problemy z dialogiem może się w tym przypadku udać?

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
undraftedMagic Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Magic
Gość
Magic

D.Howard na wakacjach od NBA…

undrafted
Gość
undrafted

Cousins w Lakers
Stanley Johnson w Raptors
Weestbrook rozważa trade jeszcze przed startem sezonu