Jesteśmy właśnie w środku pewnej sentymentalnej historii. Blake Griffin po raz pierwszy zagrał w Staples Center od transferu do Detroit Pistons. Popularne Tłoki przegrały z Los Angeles Lakers 100:113. Teraz ekipa z Michigan zagra z Sacramento Kings, ale już w sobotę o 21.30 historia się dopełni: ulubieniec zagra przeciw swojej publiczności.


19 lipca 2017 roku Blake Griffin podpisał nową, pięcioletnią umowę z Los Angeles Clippers.

4 tygodnie wcześniej z klubu odszedł Chris Paul. Choć Clippers dostali w wymianie z Houston Rockets całkiem pokaźną paczkę solidnych zawodników:  Patrick BeverleySam DekkerMontrezl HarrellDarrun HilliardDeAndre LigginsLou WilliamsKyle Wiltjer i wybór w pierwszej rundzie draftu, każdy w ekipie z Kalifornii znał starą prawdę NBA: zespół, który dostaje lepszego zawodnika, zawsze wygrywa wymianę.

Włodarze Los Angeles Clippers byli więc zdesperowani. Obawa przed tym, że zespół znów stałby się nieistotny, była zbyt mocna. DeAndre Jordan za rok miał stać się wolnym zawodnikiem, Paul odszedł, a Griffin odrzucił opcję zawodnika zapisaną w jego umowie, by zostać wolnym agentem.

Blake dał jednak szansę władzom klubu, by podpisały z nim nową umowę. O szczegółach tych negocjacji trochę później, wystarczy tylko nadmienić, że to właśnie wtedy pojawił się też znany slogan…

Świetne początki

Wróćmy jednak do początków tej historii. Blake Griffin, urodzony 16 marca 1989 w Oklahoma City. Dzieciń…nie, nie, nie. Nie aż tak wcześnie. Oklahoma ma jednak tutaj znaczenie, bowiem to właśnie tam rozpoczyna się ta historia, tylko nieco później, bo w 2007 roku. Wtedy też młody Blake dołącza Oklahoma Sooners, drużyny koszykarskiej University of Oklahoma . Już w pierwszym sezonie prowadzi on swoją drużynę do dobrego bilansu 23-12, zdobywając średnio 14,7 punktu i 9,1 zbiórki na mecz.

Już wtedy jednak zaczęła się jego największa zmora – kontuzje. Najpierw więzadło w lewym kolanie. Nie minęły nawet dwa miesiące, a i prawe kolano było kontuzjowane. Ta druga była na tyle poważna, że Griffin musiał przejść artroskopię. Choć do gry wrócił już tydzień później, jego kariera na zawsze została naznaczona urazami. Wielu uważało, że powinien on wtedy wziąć udział w drafcie, Blake zdecydował się jednak zagrać jeszcze jeden rok w college’u.

W kolejny roku Blake Griffin bił kolejne rekordy. Dostał on wszystkie 7 nagród “zawodnika roku” i było jasne, że będzie on najbardziej pożądanym zawodnikiem w drafcie.

Clipper for life!’

Los Angeles Clippers nie mieli wątpliwości i podjęli decyzję o tym, że Blake Griffin zostanie pierwszym fundamentem w nowej historii zapomnianej organizacji. Poprzedni sezon LAC zakończyli z bilansem 19-63 i desperacja na pozytywny wynik była ogromna.

Griffin został wybrany więc z pierwszym numerem. Choć trzeci wybór miała jego rodzima Oklahoma City Thunder, Blake pierwszy raz opuszczał na stałe rodzinne rejony. OKC musieli zadowolić się “tylko” Jamesem Hardenem. Jeszcze niżej, bo z 7. numerem został wybrany Stephen Curry.

Wtedy też rozpoczęła się nowa historia Clippers. Nie mogła się ona zacząć jednak inaczej, niż kontuzją Blake’a. Dzień przed pierwszym meczem sezonu doznał on przewlekłego złamania w lewym kolanie i ominął go cały sezon 2009/2010.

Kolejny rok pokazał, że Blake jest absolutną maszyną do double-double. Ustanowił on rekord organizacji, zdobywając 27 kolejne podwójne dwucyfrowe statystyki. W tym samym sezonie zaliczył też dwa mecze ze zdobyczą punktową 40+. Trenerzy wybrali jego jako rezerwowego do meczu gwiazd. Do tego był jeszcze występ w dobrze pamiętanym konkursie wsadów.

Po zakończeniu sezonu został on jednogłośnie wybrany debiutantem roku. Początek wydawał się naprawdę obiecujący. Do klubu dołączył Chris Paul, a od 2008 w drużynie był DeAndre Jordan. Wydawało się więc, że wreszcie LAC może przyćmić bogatszych kolegów zza miedzy – Lakers.

Lata jednak mijały, a Clippers nie mogli przebić się nawet przez półfinały konferencji zachodniej. W Los Angeles nie było też najlepszej atmosfery. Najpierw Donald Sterling, właściciel drużyny okazał się zadeklarowanym rasistą, a później sam Griffin nie zachowywał się najlepiej. Wystarczy wspomnieć historię, gdy Blake uderzył jednego z członków sztabu (który był rzekomo jego przyjacielem) podczas kłótni w restauracji w Toronto. Nabawił się wtedy kontuzji i pauzował przez kilka tygodni.

Kolejne lata to też kolejne urazy. Chris Paul wreszcie miał dosyć i zdecydował się odejść. Jeden z najlepszych rozgrywających swojej generacji, widząc, że w obecnej sytuacji nic nie wygra, poprosił o transfer. Paul miał już 32 lata i wiedział, że to dla niego ostatni gwizdek na jakikolwiek sukces.

Tutaj właśnie wracamy do początku. Clippers byli zdesperowani. Włodarze klubu zabrali więc Griffina do pustej Staples Center i puścili mu nietuzinkową prezentację. Mianowicie władze LAC poprzez nowoczesną technologię stworzyły wirtualne muzeum i specjalnie wykreowany moment, w którym koszulka Blake’a zostaje zastrzeżona. Wyimaginowani kibice krzyczeli: “Clipper for life!”

Griffin poczuł się doceniony i podpisał pięcioletnią, wartą 171 milionów dolarów umowę. Minęło ledwie 7 miesięcy i Blake został bez żadnych skrupułów wytransferowany do Detroit Pistons.

Mniej show, więcej pracy

Tłoki musiały oddać Tobiasa Harrisa, Avery Bradley’a, Bobana Marjanovicia i zastrzeżony wybór w drafcie 2018. Clippers do Blake’a Grffina musieli dodać Willie’ego Reeda i Brice’a Johnsona.

Tylko tyle był wart ‘Clipper na całe życie‘. Detroit było zadowolone z transferu, bowiem miasto, które od kilku lat nie liczyło się w stawce, wreszcie mogło mieć swoją wielką trójkę (liczono na tercet Griffin – Andre DrummondReggie Jackson). Clippers natomiast zauważyli że rozdział z Blake’iem nie będzie miał szczęśliwego zakończenia i stwierdzili, że pora na zmianę kursu.

Właściciel LAC, Steve Ballmer powiedział wtedy:

“Griffin jest bez wątpienia gwiazdą. Jeśli jednak spojrzysz na kontuzje, na chemię między zawodnikami, na liczby, jakie mieliśmy w drużynie: jeden zawodnik miał tylko asysty, drugi tylko punkty, a trzeci zbiórki. Myślę, że w dzisiejszej lidze potrzebna jest większa dywersyfikacja.”

Spójrzmy jednak nie tylko na zawodnika, ale też na człowieka. Nie dość, że kupił on efektowną prezentację Clippers i uwierzył w slogan ‘Clipper for life‘, to jeszcze o transferze dowiedział się z mediów społecznościowych. –Szok, to dobre słowo by to opisać – powiedział Griffin. – Ja chcę grać jednak tam, gdzie mnie chcą. W Los Angeles ewidentnie nie chcieli – dodał koszykarz.

W niedawnej rozmowie z ESPN, Griffin podzielił się szczerą opinią o wymianie. – Ja to nawet rozumiem. Koszykówka jest biznesem i oni powiedzieli to, co musieli powiedzieć wtedy, co ja chciałem usłyszeć. Jedynie żałuję tego, że ta wymiana została przeprowadzona w taki sposób – powiedział zawodnik Pistons.

W mediach pojawiały się głosy, że to była jedyna słuszna decyzja, bowiem Griffin nie pasuje do tej ligi: nie ma rzutu, nie zawsze jest chętny, by bronić, a do tego przez całą karierę zmaga się z plagą kontuzji.

Blake postanowił pokazać, że potrafi się dostosować. Najpierw w meczu z Sixers w październiku zdobył rekordowe dla siebie 50 punktów, a później pokazywał, że wytrenowanie rzutu zza łuku nie jest niemożliwe (Benie Simmonsie, widzisz ty to?). Blake przez pierwsze 7 lat w lidze próbował mniej, niż 2 trójki na mecz. Dopiero od sezonu 2017/2018 próbował aż ponad 5 na mecz. W tym sezonie Griffin próbuje 6,4 trójki, rzucając z najwyższą dla siebie skutecznością 36,2%. Też w tym sezonie, po słabszych kilku latach, liczba jego zbiórek wzrosła. Do tego silny skrzydłowy śrubuje najwyższą średnią punktową w karierze – 25,1 punktu.

Powrót bez sentymentów

Teraz, po niemal roku od transferu, Blake Griffin powraca do własnej hali. Dzisiaj w nocy pojawił się tam pierwszy raz, przegrywając z Lakers. To była 8 porażka Pistons w ostatnich 10 meczach. Drużyna z Michigan wypadła nawet poza play-off, legitymując się gorszym bilansem, niż Brooklyn Nets.

Choć Griffin mówi, że to była dla niego tylko zwykła noc, zawodnik nie wyglądał w meczu tak samo. Skrzydłowy Tłoków zdobył ledwie 16 punktów, 6 asyst i – po raz pierwszy w historii swoich występów w NBA – nie zebrał ani jednej piłki.

Teraz czeka go jeszcze trudniejsze wyzwanie: zmierzyć się przeciwko byłym kolegom i fanom, którzy go wielbili.

O Blake’u Griffinie można powiedzieć wiele. Bohater, złoczyńca, zręczny cwaniaczek, symulant, dunker, niedoceniony, przereklamowany, różnorodny, jednowymiarowy, pracuś, leń – on może pasować do każdego twierdzenia, jakim zechcesz go nazwać. Jedno jednak jest pewne: Griffin ciągle pokazuje ludziom, że nie jest łatwo przypiąć mu jedną łatkę, a jego historia jeszcze nie jest skończona. Sobotni mecz z byłą drużyną, która ukształtowała w dużej mierze Blake’a znanego nam dzisiaj, będzie tylko kolejnym spotkaniem.

9
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
6 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
8 Comment authors
Grzegorz EsBig FundamentalKamilboltJerzuToki Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
rza
Gość

Dobry gracz w sumie konkret.Ale czy przez kontuzję gra gorzej?Na pewno mniej.Śmieszą mnie komentarze typu jak by nie kontuzja to by gracz osiągnął to i tamto.Tego się nie dowiemy można tylko gdybać

Michal
Gość
Michal

Tyle co mial on kontuzji to smialo mozna powiedziec ze gdyby nie one bylby lepszy. Kazda kontuzja to ograniczenie fizyczne wybicie z rytmu strata sukcesu. To proste. Ie tylko on jeden jedyny ma kontuzje. To samo jest w przypadku wielu innych zawodnikow.

Jerzu
Gość
Jerzu

Jasne. A gdyby nie miał skały zamiast ciała, uniknąłby większości kontuzji. Uniknąłby wtedy zapewne sławy i bogactwa. Pewnie nigdy nie wspiąłby się na ten poziom. Jego praca nad ciałem musi wzbudzać podziw, ale gdyby tylko to się liczyło, to już nie byłaby koszykówka. Oczywiście Lebron też jest taranem, jednak jego budowa jest proporcjonalna. Ciało Blake’a aż prosi się o uraz. Więc może zostawmy temat “gdyby” i polegajmy na tym, że inaczej być nie mogło.

Toki
Gość
Toki

To był draft z Hardenem, Currym masakra jak to się układa. Blake jako gwiazda a zdecydowanie dalej zaszła ta dwójka. To jest w NBA piękne często liczysz ba swój numer jeden draftu a gwiazda staje się ktoś z ósemka albo dalej.

Jerzu
Gość
Jerzu

Dajcie im dryblasa niszczącego kosze, a nie dostrzegą talentu w mniejszych chłopakach – historia draftu stara jak świat (NBA oczywiście). Wszystkich przykładów nie sposób przytoczyć. Kto został wybrany na dwóch miejscach przed Jordanem? A Oden przed Durantem? A tegoroczny draft i Ayton przed Donciciem? Pozdro dla Anthony’ego Bennetta!

Big Fundamental
Gość
Big Fundamental

I dla Kwame Browna;)

Grzegorz Es
Gość
Grzegorz Es

Mimo wszystko chyba w Houston nikt nie żałuje że wybrali Olajuwona przed Jordanem.

Kamilbolt
Gość
Kamilbolt

Nie ma to tamto – jeden z najbardziej spektakularnych debiutantów ostatnich lat, wówczas prawdziwy fenomen na swojej pozycji. Mecze,w których zdobywał po 40 punktów pokazywały, że jednowymiarowość to ostatnia rzecz, jaką można o nim powiedzieć. Dobrze ułożony rzut to on miał już wtedy, dołożenie trójek było kwestią czasu – trochę szkoda, że po części wymuszoną kontuzjami. Kreować pozycje rzutowe zarówno dla siebie jak i kolegów z drużyny też potrafił lepiej niż jeden rozgrywający.