Wczoraj w optymistycznym tonie podsumowaliśmy występy w Lidze Mistrzów Stelmetu Enea BC Zielona Góra, dziś już niestety nie będzie tak miło, gdyż przyjdzie nam ocenić to jak wypadła w tych rozgrywkach druga z polskich ekip – Rosa Radom.

Mimo, iż we wtorek radomianie wygrali swój ostatni mecz w rozgrywkach przeciwko Petrol Olimpija 75-58 to ich udziału w drugiej edycji BCL nie można uznać za udany. Podopieczni Wojciecha Kamińskiego uzyskali bilans 2-12 będąc wraz z włoskim Capo d’Orlando najsłabszą drużyną w stawce. Można oczywiście wskazywać na dobre pojedyncze kwarty, czy nawet na mecze kończone porażką po dogrywkach w Wenecji czy też Atenach, jednak z drugiej strony należy też wziąć pod lupę jakie dwa mecze wygrała Rosa. Pierwszym z nich był arcydziwna rywalizacja przeciwko Banvitowi wygrana we własnej hali 49-48 a drugim wspominany już pojedynek ze Słoweńcami, który nie miał żadnego znaczenia dla końcowego układu tabeli.

Dobre minuty, kwarty czy nawet (prawie) całe mecze musiały się zdarzyć, gdyż podczas czternastu spotkań nie można grać cały czas słabo. Jednak brak wykorzystania dobrych momentów i przechylenia szali zwycięstwa na swoją korzyść też pokazuje braki w zespole. Podstawowym był wielokrotnie wspominany brak podkoszowego zawodnika będącego w stanie zapewnić walkę pod obręczami, kilka dodatkowych posiadań dzięki zbiórkom i obronę pomalowanego. Radomianie dopiero w zeszłym tygodniu sięgnęli po gracza o takiej charakterystyce, a więc Frasera, wcześniej wielokrotnie brakowało im zbiórek a przegrana walka na tablicach nie ułatwiała gry o wygraną. Na pewno pozytywem były występy Kevina Puntera, który ze średnią 20,6pkt na mecz został najlepiej punktującym zawodnikiem całej fazy grupowej. Jednak niestety nawet gdy on wraz z Harrowem wyczyniali cuda po atakowanej stronie i zdobywali niemożliwe punkty Rosa nie była w stanie tego wykorzystać. Brak wsparcia od wysokich zawodników, którzy mogliby na chwilę odciążyć duet Amerykanów był bardzo widoczny. Na pewno też więcej należałoby wymagać od Michała Sokołowskiego, zawodnik który pretenduje do roli ważnego zawodnika w kadrze Polski musi być pewnym punktem swojego zespołu w rozgrywkach europejskich. Średnia poniżej 10 punktów nie jest powodem do chwały. Tak, Michał wielokrotnie musiał grać na nieswojej pozycji i był najlepiej zbierającym zawodnikiem zespołu z ponad sześcioma zbiórkami na mecz ale mimo wszystko nie można go tym całkowicie rozgrzeszać.

Po zeszłorocznym debiucie w rozgrywkach i zanotowaniu bilansu 3-11 liczyliśmy, że drużyna prowadzona przez Wojciech Kamińskiego zrobi chociaż mały krok do przodu i wygra 4/5 spotkań co przy dobrym układzie tabeli pozwoli na grę dalej w FIBA Europe Cup. Teraz wiemy, że grupa polskiego zespołu była tak wyrównana, że Venezia i Estudiantes z ośmioma wygranymi nie awansowały dalej lecz muszą walczyć właśnie w FIBA Europe Cup. Jednak żałujemy, że Rosa nie poprawiła zeszłorocznego bilansu i choćby nie powalczyła o siódme miejsce (choć samo sformułowanie walki o siódme miejsce nie brzmi najlepiej…). W tym miejscu tym bardziej szkoda tych wspominanych porażek w samych końcówkach. Wychodzi tu jednak trochę brak doświadczenia europejskiego w kontekście budowania składu. Jednak jeden mocny podkoszowy, który zapewni walkę w pomalowanym jest więcej wart niż nawet 2-3 zawodników może lepszych technicznie, ale grających dalej od kosza.

Drużynie radomskiej pozostaje teraz walka w Energa Basket Lidze, najpierw o play-offy a następnie o jak najwyższe miejsce w końcowej klasyfikacji. Mimo nieudanego startu w Lidze Mistrzów nie wieszamy psów na zespole. Krytyka jest potrzebna, ale Rosie należą się również pochwały za próbę rywalizacji w Europie już trzeci sezon z rzędu. Lepiej spróbować i zebrać parę słów krytyki niż w ogóle nie podjąć rękawic.

Autor: Kamil Kopciński

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o