PLK: Washington – fan Iversona i Penny’ego, chce odmienić TBV Start (wywiad)

PLK: Washington – fan Iversona i Penny’ego, chce odmienić TBV Start (wywiad)
Październik 04 08:00 2017 Print This Article

W pierwszym meczu sezonu James Washington zdobył 25 punktów i zanotował 12 asyst. Poprowadził TBV Start Lublin do wygranej z PGE Turowem Zgorzelec 91:83. Zanotował świetny Eval – 32. Czy jest właśnie tym graczem, którego potrzebował David Dedek, aby TBV Start Lublin zaczęła wygrywać regularnie? 

Krzysztof Kurasiewicz: W zeszłym sezonie grałeś w najlepszym zespole po rundzie zasadniczej Anwilu Włocławek. W pierwszej rundzie playoffów spotkaliście się z Czarnymi Słupsk i Chavaughnem Lewisem. Czy rozmawialiście na temat tej serii?

James Washington: Tak. On o tym przypomina raz na jakiś czas. Ja nie lubię o tym mówić (śmiech). Ciągle mam koszmary po tym ćwierćfinale. Teraz to jest już przeszłość. To był mój ciężar, ta frustracja po porażce. Starałem się przekuć to w motywację w tym sezonie. Oczywiście, że o tym rozmawiamy. Wydobył wtedy ze mnie moje najlepsze umiejętności. Teraz jesteśmy w jednej drużynie i mam nadzieję, że wiele razem osiągniemy.

– Chavaughn Lewis świetnie spisał się w tej serii. Co to dla Ciebie znaczy grać u boku takiego zawodnika? Dużo się mówi o waszej współpracy na obwodzie w tym sezonie.

– On jest naprawdę dobrym graczem. Kiedy spojrzysz na statystyki z zeszłego sezonu, miał średnio jakieś 15 punktów i po kilka zbiórek, asyst i przechwytów (14.9 punktu, 4.6 zbiórki, 4.9 asysty oraz 1.7 przechwytu – dop. KK). Jest bardzo wszechstronnym koszykarzem. Moje umiejętności w połączeniu z jego mogą dać najlepszy obwodowy duet w lidze. Ale to wszystko jest tylko na papierze. Musimy pokazać na parkiecie, że potrafimy razem grać i że możemy pomóc drużynie wygrywać kolejne spotkania.

– Słyszałem, że koledzy powiedzieli ci już o innym zawodniku o nazwisku Washington – Kencie – który z sukcesami grał w Lublinie na przełomie lat 70. i 80. Czy czujesz, że jest na Tobie jakaś presja tylko z powodu Twojego nazwiska?

– Ani trochę (śmiech). Wiele osób o tym mówi. Ja mam dopiero 29 lat. W koszykówkę gram od dawna i nie zwracam uwagi na presję. Ale słyszałem o tym Washingtonie i byłoby dobrze, gdybym go kiedyś spotkał. Może ktoś się z nim skontaktuje i będę mógł go poznać. Jeśli chodzi o moje nazwisko, to chcę tylko sprawić powód do dumy mojej rodzinie.

– Rozmawiałem z Kentem Washingtonem kilka miesięcy temu. Po tak długim czasie doskonale pamiętał nazwiska swoich kolegów z drużyny i czas spędzony w Polsce. Czy Ty widzisz siebie w takim miejscu w przyszłości, że z taką nostalgią będziesz opowiadał o czasie spędzonym w tym kraju?

– Na pewno. Pomimo tego, że grałem w Anwilu, to podczas meczu będą oni niemal jak wrogowie – nie znam ich. Ale poza parkietem ciągle utrzymujemy ze sobą kontakt, jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Maja nowego zawodnika Ivana Almeidę, z którym grałem we Francji. Jest też Josip Sobin, z którym często rozmawiam. Myślę, że długo będziemy utrzymywać kontakt, bo to był najbardziej zżyty ze sobą zespół w jakim byłem. Tak będzie nawet po 5, 10 czy 15 latach. Może nasze dzieci będą ze sobą grały. Na pewno będziemy ze sobą w kontakcie.

– Jesteś taką osobą, która dużo podróżuje. Ostatnio napisałeś na Twitterze, że to Twój szósty kraj i siódmy sezon na parkietach. Czy do takiego częstego podróżowania można się przyzwyczaić?

– Tak, dla mnie to jest normalne. Przyzwyczajałem się do tego od dziecka. Moi rodzice byli wojskowymi i przez 5 lat mieszkałem w Niemczech. Byłem tutaj już jako młody dzieciak. Uwielbiam podróżować, uwielbiam Europę. Nie miałbym problemu z tym, żeby mieszkać tutaj na stałe. Może znajdę żonę w Polsce albo w innym kraju w Europie i już tutaj zostanę.

– Na dłużej zostałeś tylko w Szwecji, a teraz rozpoczynasz swój drugi sezon w Polsce. Może któreś z tych miejsc będzie Twoim domem?

– Wszyscy znają mój stosunek do Szwecji – uważam, że to jeden z najlepszych krajów na świecie. Jedyna rzecz, która mi tam doskwiera to zimno, ale reszta jest dobra. Lubię też Polskę, gram tutaj już drugi sezon. W Szwecji byłem w sumie przez trzy lata, do tego jeszcze przez dwa lata w Niemczech. Mam tam dużo znajomych. Każde miejsce w Europie mogę nazwać domem, ale prawdopodobnie będzie to Szwecja albo Polska.

– Twoje pełne imię to James Washington III?

– Zgadza się.

– To kto jest tym pierwszym, a kto drugim Washingtonem?

– James Washington I to mój dziadek. James Washington junior to mój ojciec.

– Oni też byli sportowcami?

– Tak. Mój ojciec grał w baseball, koszykówkę i futbol amerykański. Tak samo mój dziadek.

– Jesteś z Saint Louis w Missouri. Jak to się stało, że jesteś koszykarzem? Teraz nie ma tam drużyny NBA, są za to futboliści Cardinals i hokeiści Blues.

– Moim ulubionym sportem w dzieciństwie był baseball. Byłem w tym całkiem niezły. Moja mama chciała, żebym poszedł do college’u właśnie przez baseball. Ale ciągnęło mnie do koszykówki, bo moja szkoła średnia miała najlepszą drużynę w kraju (Vashon High School – dop. KK). Mój kuzyn, który był dla mnie jak brat (James pokazuje na tatuaż na prawym przedramieniu), został zabity kiedy miał 15 lat. On kochał koszykówkę. Przez to ja jeszcze bardziej zakochałem się w koszykówce. Dlatego nosiłem numer „15”.

– To przypomina trochę historię Allena Iversona. On z kolei był futbolistą, który nawet wygrał mistrzostwo stanowe w szkole średniej. Jednocześnie już wtedy był bardzo dobrym koszykarzem. Może też mogłeś obrać dwie drogi naraz?

– Może tak (śmiech). Przez ostatnie 7 lat w Europie zakochałem się także w piłce nożnej. Gdybym mógł się cofnąć w czasie, to grałbym jednocześnie w koszykówkę, piłkę nożną i baseball. Co prawda nie jestem jak Allen Iverson, ale dałbym z siebie wszystko.

– W Saint Louis grała w latach 50. i 60. koszykarska drużyna Hawks. Co wiesz o tym okresie?

– Trochę wiem o tamtych czasach. Więcej wiem na temat Saint Louis Spirits (występowali u schyłku ligi ABA w latach 1974-1976 – dop. KK). Znam kilka nazwisk z tego okresu, ale nie przypomnę ich sobie tak na szybko. Mój ojciec jest trenerem i opowiadał mi trochę o tych zawodnikach. Od późnych lat 60., początku 70. aż do teraz znam niemal wszystkich zawodników z każdej drużyny. Wiem dużo o historii koszykówki.

– Jesteś fanem Hawks?

– Nie. Tak naprawdę nie trzymam za żadną drużyną od kiedy Kobe Bryant odszedł na sportową emeryturę. Kiedy grał w Lakers, to byłem fanem Lakers. Teraz lubię po prostu różnych zawodników, jak Isaiah Thomas, Kyrie Irving, Russell Westbrook, Chris Paul… Bardzo lubię oglądać tych rozgrywających. Trzymam za nimi, a nie za konkretną drużyną.

– Kiedy dorastałeś w latach 90., to kto był Twoim ulubionym graczem?

– Mój ojciec był ogromnym fanem Michaela Jordana. Uważam go za najlepszego koszykarza w historii. Jednak byłem fanem Penny’ego Hardawaya. Penny Hardaway i Allen Iverson to dwaj gracze, których uwielbiałem oglądać. Allen był mojego wzrostu, może trochę wyższy, bardzo atletyczny. Był jednym z niższych zawodników, ale grał na najwyższym poziomie. Penny Hardaway był rozgrywającym – chciałbym być tego wzrostu co on (201 cm – dop. KK). Uwielbiałem to jak grał i jak pomagał swojemu zespołowi.

– Od dłuższego czasu dyskutuje się czy obecna koszykówka nie jest zbyt „miękka” w porównaniu do tego co było na przykład w latach 90. Głos w sprawie ponownie zabrał Charles Barkley, który stwierdził, że zawodnicy nie są już tacy twardzi jak kiedyś. Sezon w NBA zaczyna się 10 dni wcześniej niż poprzednio, żeby uniknąć grania kilku spotkań bez przerwy. Czy Twoim zdaniem to lepiej czy gorzej, że nie jest to już taka gra jak kiedyś?

– Mam mieszaną opinię na ten temat, bo jestem w stanie zrozumieć argumenty obu stron – Charlesa Barkleya i nowego pokolenia. Wtedy gra była zdecydowanie bardziej fizyczna, ale pomyśl o tym. Gracze zarabiali w tysiącach, największy kontrakt był wart może kilka milionów. Teraz zawodnicy inkasują setki milionów. Chodzi bardziej o ochronę swojego zdrowia, swojej kariery. Z upływem czasu stajemy się coraz mądrzejsi. Popatrz na LeBrona Jamesa – rozpoczyna swój  15. sezon w NBA, a wygląda jakby był to dopiero jego 5. rok. Gracze wiedzą jak lepiej zadbać o swoje ciało. W czasach Detroit Pistons i Michaela Jordana było zdecydowanie więcej fizyczności. Obecnie gra ma być także przyjemna dla oka, bardziej ofensywna, gdzie zdobywa się dużo punktów.

– Czyli chodzi po prostu o pieniądze. Gracze, którzy zarabiają więcej, powinni po prostu zmężnieć?

– Dokładnie. W takim świecie teraz żyjemy – wszystko obraca się wokół pieniędzy. Zawodnicy zmieniają drużyny, bo chcą więcej zarabiać, nie tylko dlatego, że chcą wygrywać. Kto ma prawo mówić czy to jest dobre czy złe?

– Na Twoim koncie na Twitterze masz zapisane takie motto: „Pieniądze szczęścia nie dają, ale życie bez grosza przy duszy też nie”. Zgadzasz się z tym?

– Oczywiście (śmiech). Wiele osób nie lubi Floyda Mayweathera, ale ja jestem jego wielkim fanem. Nie dlatego, że ciągle mówi o pieniądzach, ale za to skąd pochodzi. Jego determinacja do bycia wielkim, ciężka praca… Robi to lepiej od innych. To jedna rzecz, która mi w nim imponuje. Zdecydowanie wierzę w to motto. Znam życie od tych dwóch stron. Nie zawsze moja rodzina miała pieniądze. Teraz żyję na dobrym poziomie. Zawsze lepiej jest mieć pieniądze niż być spłukanym.

– Wielu zawodników często powtarza, że chodzi też o dbanie o własne środowisko – kiedy dużo zarabiasz powinieneś oddać to, co dostałeś od innych.

– Na pewno. W domu mam swoją własną fundację która opiekuje się dziećmi. Już szósty rok organizuję dla nich campy, na które przyjeżdżam każdego lata. Pochodzę ze środowiska, gdzie nigdy nie było dużo pieniędzy. Za każdym razem kiedy jadę do dzieciaków, trenuję z nimi i uwielbiam to robić. W kolejnym roku chcę dać stypendium dwójce nastolatków – chłopakowi i dziewczynie – którzy idą do college’u. Za każdym razem chcę robić więcej dla tych ludzi.

– Myślałeś może o zorganizowaniu takiego campu w Europie – w Polsce albo w Szwecji?

– To może być dobre. Wpadłem na taki pomysł w zeszłym roku razem z moim doradcą biznesowym. Nie było jednak na to wystarczająco dużo czasu, bo dołączyłem do Anwilu w grudniu. W tym roku, jeśli uda nam się wybrać miejsce, to można zorganizować camp Jamesa Washingtona dla dzieci z Polski, żeby zebrały trochę amerykańsko-europejskiego doświadczenia. Mogę ich nauczyć wiele rzeczy.

– Na pewno jesteś na bieżąco z tym, co dzieje się w NBA. To było bardzo gorące transferowe lato. Co myślisz o tworzeniu takich „super teamów” jak ten w Oklahomie?

– Każdy chce rywalizować na równi z Golden State. Mają czterech świetnych zawodników – Draymond Green, Klay Thompson, Stephen Curry i Kevin Durant. Jeśli chcesz z nimi wygrać i mieć szansę na mistrzostwo, to musisz mieć trzech albo czterech takich zawodników. Inni właśnie to próbują robić – OKC, Cavs i Houston Rockets. Myślę, że to dobrze dla koszykówki. Wszędzie jest wielu utalentowanych koszykarzy – w Eurolidze, EuroCup, w całej Europie… Pieniędzy będzie coraz więcej i w każdej drużynie będzie coraz więcej dobrych graczy.

– Sam Michael Jordan powiedział w jednym z wywiadów, że nie wyobraża sobie, żeby mógł w przeszłości połączyć siły z Magiciem Johnsonem i Larrym Birdem. Teraz koszykówka się zmieniła. Czy przez to nie tworzy się jednak przepaść między „super teamami” a resztą stawki?

– To może być w pewnym sensie prawda. W czasach Michaela Jordana, z całym szacunkiem, nie było tyle super gwiazd co teraz. Wtedy na „dwójce” miałeś Michaela Jordana, Dominique’a Wilkinsa, Larry’ego Birda i jeszcze kilku obrońców. Teraz masz LeBrona Jamesa, Kevina Duranta, Jamesa Hardena… Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo. Niekoniecznie są to lepsi zawodnicy, ale jest po prostu więcej wielkich gwiazd. W lidze jest 30 zespołów, więc niektórzy zawodnicy muszą ze sobą grać.

– Na początku Waszego okresu przygotowawczego rozmawiałem z Twoim kolegą z drużyny Darrylem Reynoldsem. Poprosiłem go o porównanie Startu Lublin do jednej z drużyn NBA. Wskazał na Boston Celtics ze względu na charakter, nieustępliwość. Zgadzasz się z nim?

– Nie możesz pytać o to Darryla. Jest pierwszoroczniakiem, nie da ci dobrej odpowiedzi (śmiech). To naprawdę trudne. Muszę wybrać zespół, który był w playoffach, bo w NBA nie grają dobrze w defensywie w sezonie regularnym. Wybrałbym zespół, który może zaskoczyć kibiców…

– Milwaukee Bucks?

– Może Milwaukee Bucks. Mają kilku młodych, ale i doświadczonych graczy. Kibice nie są pewni tego czy oni awansują do playoffów. Może ten zespół to dobre porównanie. Są jeszcze Toronto Raptors. Jedna z tych drużyn. Nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć.

Z Jamesem Washingtonem, nowym liderem TBV Start Lublin rozmawiał Krzysztof Kurasiewicz.

Redakcja
Redakcja

Redakcja PROBASKET - oficjalne konto.

Zobacz więcej tekstów

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz