– I enjoy the city of New Orleans. I love it here in New Orleans – tymi słowami 19 lutego 2017 roku, podczas konferencji prasowej wieńczącej weekend gwiazd odbywający się w Nowym Orleanie DeMarcus Cousins przywitał się z kibicami Pelicans. Konferencji, w trakcie której niesforny Boogie dowiedział się, że włodarze Sacramento Kings planują przenieść jego talenty do Big Easy.

Nieco ponad rok później drużyna z Luizjany, po raz pierwszy od czasu zmiany nazwy z Hornets na Pelicans przechodzi pierwszą rundę play offs, sprawiając tym samym jedną z największych niespodzianek bieżących rozgrywek. Teoretycznie, póki co wszystko zmierza w odpowiednim kierunku, bo podstawowym założeniem ściągnięcia Cousinsa do NOP było stworzenie z Anthonym Davisem duetu, jakiego liga jeszcze nie widziała. Duetu, który jest w stanie zdobywać punkty z każdego miejsca parkietu, zbierając przy tym 25 piłek w meczu i wyniesie Pelicans na wyższy poziom, a przy odpowiednim wsparciu zadaniowców pozwoli włączyć się do walki o najwyższe cele. Z tą drobną różnicą, że od dwóch miesięcy Boogie rehabilituje zerwane ścięgno Achillesa i na dzień dzisiejszy data jego powrotu na parkiet stoi pod znakiem zapytania. Podobnie jak jego przyszłość w barwach Pels, którzy będąc aktualnie na fali, wyglądają jakby w ogóle nie potrzebowali jego pomocy.

DeMarcus Cousins to bez wątpienia jedna z najbardziej kontrowersyjnych, a zarazem kontrastowych postaci NBA. Ogrom jego talentu ofensywnego i instynkt do zbiórek w połączeniu z gabarytami sprawia, że nie jest żadną przesadą określenie go mianem najbardziej dominującego centra od czasów Shaqa. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że na atakowanej stronie parkietu Boogie jest bardziej wszechstronny niż legendarny Diesel. Wszak nie bez powodu Cousins uchodzi za protoplastę zawodnika klasyfikowanego jako point center (choć Mike Krzyżewski pewnie zmarszczyłby czoło, dający tym samy wyraz dezaprobaty, no bo kim innym, jak nie point centrem właśnie był nieodżałowany Lamar Odom podczas mistrzostw świata FIBA w 2010 roku?). Świetnie gra przodem do kosza, podaje, rzuca zza łuku, a czasem nawet łamie kostki dynamicznym crossoverem (oczywiście pojęcie „dynamiczny” nabiera nieco innego znaczenia, kiedy mamy do czynienia z dwudrzwiową szafą o wymiarach 211/120). Natomiast wyizolowany w post up sieje zniszczenia jak ten przysłowiowy dzik wpuszczony w paśnik. Przykłady jego dominacji można mnożyć, a zbrodnię w postaci 44 punktów, 23 zbiórek, 10 asyst i 4 przechwytów, jakiej dopuścił się przeciwko Bulls na kilka dni przed feralną kontuzją pozostawiam w sferze serii gier NBA 2K. Choć i tam o taką linijkę byłoby trudno.

Teoretycznie wydawać by się mogło, że na bronionej połowie też radzi sobie całkiem nieźle. Nieco ponad 1,5 bloku i przechwytu w meczu sprawia, że statystycznie plasuje się w czołówce tych dwóch podstawowych kategorii defensywnych. I o ile rim protectorem jest całkiem sprawnym, o tyle na nogach najzwyczajniej w świecie nie nadąża. Do tego zarzuca mu się brak zaangażowania w obronie, a spóźnione reakcje sprawiają, że nagminnie wpada w faulowe tarapaty. Kiedy do tego dorzucimy fakt, że Boogie kwestionuje każdy (bez cienia przesady, każdy!) gwizdek przeciwko niemu, otrzymujemy mieszankę wybuchową. Efektem tej mieszanki jest miejsce na podium wśród graczy z największą ilością fauli technicznych, nieprzerwanie od sezonu 2011/2012 (czyli jego drugiego sezonu w lidze; jako rookie uplasował się na 5 miejscu). Niechlubna seria została przerwana dopiero w tym roku, głównie za sprawą kontuzji, która skróciła jego sezon do 48 gier (choć i to nie przeszkodziło mu uzbierać 9 „dachów”). Żeby do ognia krytyki dolać jeszcze nieco oliwy, wystarczy rzut oka na jedną statystykę, co ważne, ofensywną. A mianowicie, DMC w minionym sezonie tracił średnio w meczu więcej piłek niż Russell Westbrook, James Harden, LeBron James i John Wall.

Odkąd wskoczył na poziom regularnych minut w ilości 30+, sezon w sezon tracił dużo piłek, jednak tegoroczne 5,0 sztuk robi wrażenie. Niestety nie za dobre. I o ile będąc jeszcze żaglem, sterem, okrętem i wiatrem na prawie patologicznym poziomie usage rate w niemniej patologicznych Kings, można było zrozumieć dużą ilość strat, o tyle będąc uzbrojonym w Davisa, Holidaya i Rondo wszystko wskazywało na to, że liczba strat Cousinsa ulegnie obniżeniu. Co ciekawe, w sezonie, w którym spotkali się z Rondo w Kings, obaj panowie uplasowali się na miejscach 4/5 notując po niecałe 4 straty. Tendencja powinna być odwrotna, tymczasem to Rondo zakończył sezon z bardzo dobrą (jak na siebie) średnią 2,3 straty na mecz, choć niemały wpływ na to miały zapewne mecze, w których czwarte kwarty oglądał z ławki i rozgrywał po kilkanaście minut w meczu. Cousins za to wyśrubował rekord kariery w tej kategorii, choć jego minuty wzrosły nieznacznie.

Grymas niezadowolenia na twarzy Cousinsa wywołany kolejną nieprzychylną decyzją sędziów to nieodłączny element krajobrazu dzisiejszej NBA. Podobnie z resztą do całej masy niepotrzebnych łokci, popchnięć i zaczepek, które niejednokrotnie kończyły się oddelegowaniem Boogiego do szatni na długo przed końcową syreną. Czy to oznacza, że podkoszowy Pels to zadymiarz i kolejna rozkapryszona gwiazdka? Nic bardziej mylnego. Will Guillory relacjonujący dla www.nola.com wydarzenia wokół Pels w niedawnym Q&A podkreślał, że to co najbardziej zszokowało go we współpracy z zawodnikami NOP to diametralna różnica między meczową wersją Boogiego, a tą pozaboiskową. DMC w szatni uchodzi za duszę towarzystwa i śmieszka bez przerwy rzucającego dowcipami i anegdotami. Nie przez przypadek podczas corocznej ankiety przeprowadzanej wśród pierwszoroczniaków dostał najwięcej głosów w swojej klasie draftu w odpowiedzi na pytanie „Who is the funniest”. Co więcej, Cousins to gość oddany lokalnej społeczności, a z lojalności zrobił wręcz hasło przewodnie swojej marki DMC. W ramach istniejącego od 2001 roku programu NBA Cares Community Assist Award, wraz z początkiem bieżącego sezonu zainaugurowano nagrodę za działalność w trakcie offseason. Pierwszym laureatem został nie kto inny jak DeMarcus, a za powód wyróżnienia uznano liczne działania charytatywne w Alabamie, Nowym Orleanie, Sacramento i Afryce.

Poza tradycyjnymi akcjami, takimi jak ufundowanie boiska czy zorganizowanie młodzieżowego obozu sportowego, na szczególną uwagę zasługuje ufundowanie we współpracy z VSP Global bezpłatnych badań wzroku w Sacramento. W ciekawy sposób Cousins deklaruje też swoją przynależność do Big Blue Nation, czyli społeczności Uniwersytetu Kentucky, organizując coś na zasadzie „gry terenowej”. Jest to bardzo prosta formuła polegająca na tym, że odwiedzając swoją Alma Mater, Boogie publikuje w mediach społecznościowych zdjęcia np. swoich butów, podpisanych jerseyów, albo biletów na mecz pozostawionych w przeróżnych częściach kampusu i zwycięzcą jest ten, który jako pierwszy zidentyfikuje lokalizację i znajdzie na miejscu dany przedmiot. Co więcej, sam Cousins mówi o sobie, że jest uzależniony od stand-up i żeby dać upust swej żartobliwej naturze, od dwóch lat organizuje Boogie’s Comedy Slam.

W momencie, w którym DeMarcus Cousins zerwał ścięgno Achillesa, Pelicans mieli za sobą 27 zwycięstw i 21 porażek (0,563). Od tego momentu zanotowali bilans 21-13 (0,618) i pomimo lekkiej zadyszki pod koniec marca, szturmem wdarli się do play offs, wygrywając 5 ostatnich spotkań sezonu regularnego i kończąc ostatecznie na 6 miejscu konferencji zachodniej. Patrząc na bilans przed i po kontuzji Boogiego nie sposób opędzić się od klasycznego hasła reklamowego – skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać? Kiedy dodamy jeszcze fakt, że Pels w spektakularnym stylu odesłali na ryby Damiana Lillarda i jego Blazers, naturalną reakcją jest pytanie czy 30 grubych baniek rocznie dla Cousinsa to dokładnie to, czego w tym momencie potrzebuje i tak już mocno napięta lista płac Pelicans. Anthony Davis gra aktualnie basket życia (drugi sezon z rzędu 75 spotkań), Jrue Holiday przypomniał sobie, że nie za piękne oczy powołują do All Star Game, a Rondo to po prostu Rondo – odpowiednio zmotywowany i z poluzowaną smyczą to wciąż elitarny generał parkietu. Szczególnie, że od tego sezonu obrońcy nie mogą już sobie pozwolić na pozostawienie go bez krycia na obwodzie, o czym dobitnie przekonali się choćby Blazers w końcówce meczu nr 2 zakończonej właśnie serii. Co więcej, Nikola Mirotic podrzucił piłkę Monstars z Kosmicznego Meczu do szatni Spurs i postanowił ograbić z talentu Kawhiego Leonarda, co tłumaczyłoby mgliste informacje wokół kontuzji byłego MVP finałów. 18 puntków, 9 zbiórek, 3 trójki, prawie 2 przechwyty i 2,5 bloku w całej serii z Portland. Nieźle jak na gościa, który jeszcze w listopadzie, po pamiętnej bójce z Bobby Portisem, którą skończył ze złamaną szczęką, rozważał opuszczenie NBA i powrót do Europy.

Tym ciekawiej, że to właśnie dyspozycja Mirotica i gra Pelicans w ustawieniu z nim na czwórce i Davisem jako centrem sprawiają, że z obozu Pelicans wyciekła plotka, jakoby planowali zaoferować Cousinsowi 2 lub 3 letnią umowę poniżej maksymalnej wartości. Wiadomo, że takim ruchem włodarze Pels chcą ograniczyć ryzyko związane z kontuzją, która uchodzi za najgorszą jaka może przydarzyć się profesjonalnemu koszykarzowi, choć jak to bywa z kontuzjami, nie ma reguły. Elton Brand, Rudy Gay czy Wesley Mathews już nigdy nie wrócili do swojej dyspozycji sprzed zerwania Achillesa, zaś Dominique Willkins spędził w lidze jeszcze kilka świetnych sezonów, z czego cztery na poziomie ponad 25 punktów co mecz (w pierwszym sezonie po powrocie 29,9 pts/6,8 reb). Największe ryzyko wiąże się z utratą mobilności i dynamiki, a w przypadku Cousinsa i Pelicans jest to o tyle znamienne, że drużyna z Nowego Orleanu znacznie zwiększyła tempo gry w drugiej części sezonu. Z Boogiem w składzie notowali 100,7 posiadań na 48 minut gry, plasując się na 8 miejscu w lidze, natomiast po nieszczęsnej kontuzji wskoczyli na poziom 104,3 posiadań i ze średnią 102,7 zakończyli sezon na pierwszym miejscu w tej kategorii. Granie Miroticem jako silnym skrzydłowym jest możliwe dzięki nieprzyzwoitej wręcz wszechstronności Anthonego Davisa. Bez Cousinsa w ataku Davis jest jak bestia zerwana ze smyczy, a dzięki szerokiemu arsenałowi ofensywnemu, ponadprzeciętnemu atletyzmowi i mobilności jest typem zawodnika, którego nie sposób ograniczyć. Natomiast w obronie Alvin Gentry w serii z Blazers zastosował sprytny fortel wypuszczając Davisa na Al-Farouqa Aminu, jednocześnie zachowując asa swojej talii w okolicy obręczy, w jego naturalnym środowisku elitarnego rim protectora. Gentry wrzucił w koszta 37% zza łuku, jakimi legitymował się w sezonie regularnym Aminu, czego efektem było bezczelne wręcz zostawianie go bez krycia przez Davisa. Skrzydłowy PTB co prawda w całej serii trafił 13 trójek na 30 prób, ale tym kosztem obwodowi Pelicans mogli agresywnie podwajać super duet combo guardów Blazers, a Jusuf Nurkic mający przed sobą Mirotica, za plecami którego czaił się Anthony Davis uznał, że po prostu przejdzie obok serii. Podobny z resztą zabieg Gentry zastosował podczas ostatniej batalii z Golden State Warriors. Davis oddelegowany do krycia Draymonda Greena pozwalał mu rzucać za trzy. Suma summarum Pelikany mecz wygrały, choć z niemałą pomocą Greena, który trafił tylko 1 z 6 rzutów zza łuku.

W dyskusji o przydatności Cousinsa w Nowym Orleanie często zapomina się o tym, że Boogie zerwał Achillesa w momencie, w którym wszystko wskazywało na to, że maszyna spod znaku współczesnej wersji Twin Towers zaczyna trybić i wchodzić na wysokie obroty. Mecz z Houston kończący sezon Boogiego był 8 wygranym meczem w 9 ostatnich spotkaniach. W trakcie tej serii Pels odprawili z kwitkiem m.in. Rockets i Celtics. Co ciekawe, pierwsze 6 spotkań po kontuzji Cousinsa to bilans 1-5. Anthony Davis zapytany o tamten okres wspomina, że próbował robić to co dotychczas robił Cousins, czyli sprawiać, by grupa zawodników tworzyła kolektyw, mino to sam grał w sposób niezdecydowany. Wtedy zadzwonił do niego Boogie i w prostych słowach spytał – what are you doing? Man, you just need to go out there and be you. Następnie Davis zaaplikował Lakers 42 punkty (15/18 z gry) i 15 zbiórek, a Pels z trzema zwycięstwami z rzędu udali się na przerwę spowodowaną weekendem gwiazd. Po All Star Game wygrali jeszcze 7 meczy z rzędu, a ta seria miała decydujący wpływ na końcowy bilans i miejsce w tabeli drużyny z Nowego Orleanu.

Nie ulega wątpliwości, że Pelicans są aktualnie na fali, choć trzeba uczciwie przyznać, że Lillard i spółka rzucili ręcznik i przegrali serię w fatalnym stylu. Poważny test zacznie się dopiero w sobotę, kiedy to będą musieli dowieść tego, że nie są tylko miłą dla oka niespodzianką pierwszej rundy. Naprzeciw nim stają Golden State Warriors, którzy nawet bez Currego są zdecydowanymi faworytami tej serii. Tegoroczne playoffs to na pewno wielki sukces Pelicans, niestety prawdopodobnie krótkoterminowy. Anthony Davis na pewno wypełni linijkę monstrualnymi statystykami, Rondo na pewno rozda milion asyst, a Holiday na pewno uprzykrzy niejednokrotnie życie Durantowi, którego zapewne przyjdzie mu kryć. Na dłuższą metę dzisiejsza NBA stawia jasne warunki i jeśli Pelicans chcą włączyć się do walki o najwyższe cele potrzebują talentu, którym niewątpliwie jest Cousins. Choć przy aktualnej liście płac, nie będzie łatwo jakikolwiek talent tam ściągnąć. Na dzień dzisiejszy mają w kontraktach na sezon 2018/19 ponad 96 milionów dolarów, a bez umów są wciąż Cousins i Rondo, czyli przy dobrych wiatrach jakieś dodatkowe 30 baniek. Do tego potrzebują obrońcy na pozycji SF, Szybkiego, długiego i dysponującego rzutem. Dell Demps, GM Pelicans ma na pewno twardy orzech do zgryzienia. Z drugiej jednak strony czy Cousins, który jak sam twierdzi ma wręcz obsesję na punkcie play offs i włączenia się do poważnej gry, po latach spędzonych na peryferiach elity NBA, nie byłby w stanie pójść na ustępstwo i obniżyć nieco swoje wynagrodzenie, czym dałby włodarzom Pelicans pole do manewru? Tym samym po raz kolejny dałby dowód swojej lojalności, która w czasach Sacramento poddawana była niejednej próbie. Jeśli jakikolwiek zawodnik takiego kalibru może nie odebrać propozycji niższego wynagrodzenia jako dyshonor, to kto jak nie Boogie? W końcu sześć ostatnich sezonów spędził w organizacji, której decyzje balansowały na granicy profesjonalnego zarządzania drużyną NBA. Gorzej być już nie może.

Autor: Michał Babiarz

NBA: Kontuzja Rubio, Jazz stracą generała?

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
gold jak złotoZapowiedź NBA playoffs: Golden State Warriors – New Orleans Pelicans | PROBASKET Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] Niepotrzebny łokieć w żebro i Twój najlepszy kumpel – kim jest Boogie Cousins? […]

gold jak złoto
Gość

Ale jak wytłumaczycie fakt że Boogiego nie chciały żadne POWAŻNE organizacje? Ani SAS ani Boston nawet nie chciały słuchać czy rozmawiać z Sacramento kiedy Cousins był im proponowany.
😀