NBA: Playoffs 2000 – Lakers, narodziny mistrzów

NBA: Playoffs 2000 – Lakers, narodziny mistrzów
Marzec 21 15:07 2017 Print This Article

Przed sezonem 1999-2000 uważano, że Lakers mają wszystko, aby wreszcie odnieść sukces: doświadczonego trenera, wybornego strzelca, dominującego środkowego i solidne wsparcie z ławki. Skład ”Jeziorowców” wyglądał imponująco, sezon układał się znakomicie, jednak w głębi serca zawodnicy oraz sztab szkoleniowy nie byli pewni czy tworzą zespół, który jest w stanie zdobyć upragnione mistrzostwo NBA. Przełomem okazały się niezwykle pasjonujące i dramatyczne potyczki podczas playoffs w 2000 roku, które odmieniły Lakers i stanowiły fundament późniejszych sukcesów drużyny z Los Angeles.

Decyzja zarządu ”Jeziorowców” o przekazaniu zespołu w ręce Phila Jacksona okazała się strzałem w dziesiątkę. Legendarny trener wprowadził niekonwencjonalne metody treningowe oraz oparł grę Lakers na ”triangle offense”. Zmiany zaproponowane przez ”Mistrza Zen” zaowocowały 67 zwycięstwami w sezonie regularnym i zdobyciem pierwszego miejsca w niezwykle wymagającej konferencji zachodniej. Eksperci zgodnie uważali zespół z Kalifornii za jednego z faworytów do zwycięstwa w rozgrywkach posezonowych. Shaquille O’Neal został niemal jednogłośnie wybrany MVP sezonu regularnego, jednak jego otwarty konflikt z Kobe Bryantem o bycie liderem drużyny spędzał sen z powiek sztabu szkoleniowego Lakers. Obawiano się, że złe relacje między gwiazdami ”Jeziorowców” niekorzystnie wpłyną na pozostałych zawodników oraz zniweczą realną szansę na zdobycie mistrzostwa NBA. Końcowy sukces wydawał się być zagrożony i Phil Jackson doskonale zdawał sobie sprawę jak trudne zadanie stoi przed zespołem z Los Angeles.

W pierwszej rundzie przeciwnikiem Lakers była niezwykle utalentowana ekipa Sacramento Kings. Drużyna prowadzona przez Chrisa Webbera przez całą serię grała niezwykle twardo i widowiskowo stawiając niespodziewany opór faworytom z Los Angeles, którzy potrzebowali aż pięciu spotkań, aby rozstrzygnąć rywalizację na swoją korzyść. W półfinale konferencji zachodniej Lakers stanęli naprzeciwko Phoenix Suns. Niedoceniana drużyna z Arizony była bardzo zmotywowana, aby utrzeć nosa ”Jeziorowcom”. Suns dzielnie walczyli przez całą serię, która jednak ostatecznie zakończyła się zwycięstwem zespołu z Kalifornii (4-1). Niezwykle wyczerpujące i dramatyczne pojedynki z Suns i Kings były jednak niczym w porównaniu z rywalizacją, która miała miejsce w finale konferencji zachodniej.

Portland Trail Blazers solidnie przygotowali się do konfrontacji z Lakers i zbudowali bardzo mocny skład, na czele którego stali tak wspaniali zawodnicy jak Scottie Pippen, Rasheed Wallace czy Steve Smith. Ponadto ekipa z Oregonu miała w swoich szeregach alternatywę dla O’Neala w postaci Arvydasa Sabonisa. Doświadczony olbrzym z Litwy był w tamtym czasie jedynym graczem, który mógł się równać z wychowankiem LSU pod względem warunków fizycznych i stawić mu czoła na parkiecie. Po czterech spotkaniach stan rywalizacji wynosił 3-1 dla Lakers i wdawało się, że tylko nieoczekiwana katastrofa będzie w stanie powstrzymać ich przed dotarciem do finału NBA. Doświadczona ekipa Blazers nie dała jednak za wygraną i pewnie zwyciężyła w dwóch kolejnych meczach. Wśród zawodników Lakers dało się wyczuć obawę, że szansa na zdobycie mistrzostwa ligi zawodowej właśnie wymyka im się z rąk.

Do rozstrzygnięcia tej pasjonującej serii potrzebne było siódme spotkanie, które zostało rozegrane w Staples Center, nowoczesnym obiekcie ”Jeziorowców” oddanym do użytku przed rozpoczęciem sezonu. Sympatycy zespołu z Los Angeles przecierali oczy ze zdumienia, kiedy na początku czwartej kwarty Lakers przegrywali różnicą 15 punktów. Na trybunach zapanowała konsternacja a w szeregi gospodarzy wdarła się nerwowość. Presja była nie do zniesienia, jednak to właśnie w takich momentach prawdziwi mistrzowie pokazują charakter. Liderzy Lakers zakopali topór wojenny, połączyli siły i dali sygnał do odrabiania strat. Kobe i Shaq byli w stanie zapomnieć o wzajemnych animozjach i przy wydatnym wsparciu kolegów z zespołu zanotowali niespodziewany ”comeback”.

W decydującej akcji spotkania ”Black Mamba” minął efektownym zwodem Pippena i precyzyjnie podał piłkę nad obręcz do O’Neala, który przypieczętował zwycięstwo potężnym wsadem. Kibice zgromadzeni w Staples Center oszaleli z radości. Shaq przybił piątkę z 21-letnim Bryantem doceniając jego znakomity występ (25 punktów, 11 zbiórek, 7 asyst, 4 bloki) a następnie pobiegł w kierunku ławki rezerwowych, aby celebrować sukces z resztą zespołu i szczęśliwym sztabem szkoleniowym. Lakers awansowali do upragnionego finału NBA gdzie pewnie zwyciężyli z Indiana Pacers (4-2). Ekipa z Kalifornii, zainspirowana wspaniałymi występami w playoffs, zdobyła pierwsze mistrzostwo od 1988 roku i rozpoczęła marsz po historyczny ”three-peat”.

Silver: Nie możemy tego tak zostawić

Tu podaj tekst alternatywny

Wojciech Zwaduch
Wojciech Zwaduch

Zobacz więcej tekstów

Dodaj komentarz

23 komentarzy do "NBA: Playoffs 2000 – Lakers, narodziny mistrzów"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Rad33
Gość

Właśnie takich play-off brakuje w obecnej NBA. Wiem,wiem zaraz naraże się na porównanie ostatniej serii warriors z cavs. Ale przyznać trzeba że wtedy play offy były bardziej zacięte. Przede wszystkim była fantastyczna obrona i walka do upadłego. Pamiętacie serie Bulls z Knicks z sezonu 1991-92 ,1992-93 i bez Jordana z sezonu 1993-94? Zapewne moje pokolenie wie do czego wracam. Teraz jakoś ta gra w Play off jest zbyt miękka. Brakuje w większości serii dramaturgii. I nie ma już takich gigantów basketu jacy biegali po parkietach NBA w minionej erze.

Orlando Magic
Gość

Rad33 wiem ze brakuje w dzisiejszej ukochanej NBA prawdziwej twardej walki ale przepisy sie zmienily i dzisiaj nie można grać tak jak kiedys. Za byle co dostaje sie techniczny faul,faule są gwizdane za każde”muśnięcie”przeciwnika no i dzisiaj obronca nie może stać w trumnie.

Orlando Magic
Gość

Aha,jeszcze cos. Za taka grę jaka mieli “Bad Boys” zDetroit nikt by nie dokończył meczu. Wszyscy wylecieliby za faule techniczne. W tamtych czasach to byly “tylko” faule dzis to są faule techniczne

Kacper
Gość

Marzę obejrzeć mecze z lat 90 na TVP, niestety nie byłem na świecie w tych czasach. Dziś jest troszkę inaczej, wchodzę na telefonie patrzę wyniki, statystyki. Brat opowiadał, jak to się kiedyś korzystało z telegazety, która dzisiaj jest już nam nie potrzebna i biegało się raz na tydzień/miesiąc do kiosków po czasopisma. Chciałbym żyć w takich czasach.

popek
Gość

Pamiętam ten final i moje wkurzenie po meczu. Lakers Shaq’iem i Kobe nigdy nie lubiłem ale co zrobili w 4 kwarcie cali Lakers to masakra, i swoją drogą Blazers też się nie popisali.

Tajfun
Gość

Łezka się w oku kręci, super wspomnienia, fantastyczny basket.
Prawdziwa męska gra,nie to co teraz można oglądać – pussy basket.

swidur
Gość

Trochę im wtedy sędziowie pomogli w tych playoffach.
Tak w nawiązaniu do Phila Jacksona :ZMARŁ Jerry Krause twórca potęgi Chicago Bulls z lat 90. R.I.P Jerry

Marcin
Gość

Sam się zastanawiam nad różnicami pomiędzy dzisiejszym nba, a tym co było w poprzednich dekadach. Może perspektywa człowieka z 40-stką na karku wypacza porównania. Może dziś patrzę z góry, a kiedyś zawsze patrzyłem do góry. Inne perspektywa, a w niej giganci z lat 90-tych. Z całą pewnością kiedyś był festiwal pojedynków 1 na 1, dziś mamy festiwal rzutów za trzy nawet z połowy. Zmiana przepisów na pewno nie pomogła twardej koszykówce tylko ja rozmiękczyła… Pozdrawiam kolegów wychowanych na latach 90-tych. Hej, hej to enbiej!!!

LORD
Gość

Ja akurat lubię długie akcje i tzw. defensywną koszykówkę. Modlatego przyjemnie mi się ogląda Jazz. A serie w play-offs, gdzie po sześciu meczach jest 3-3 i ostatni mecz jest jeszcze zacięty do końca to kwintesencja basketu. Oby jak najwięcej takich serii w tym roku.

LORD
Gość

Sorki za błąd w drugim zdaniu. Miało być “Może”.

tomek
Gość

kiedyś to było prawdziwe NBA, teraz same piz….lebrony, duranty, zminiajace klub zeby zdobyc mistrzostwo w swoim szczycie karier, a później płaczą i kłócą się z Shaqiem albo Philem Jacksonem ze ktos cos powiedzial i to ich zabolalo…hehe. Barkley czy Malone nie odchodzili do Chicago bo to byli zawodnicy, teraz to czysty biznes. Dla mnie gościem teraz jest Lillard albo Anthony Davis, nie marudzą, nie przechodzą do CLE, GSW czy innych pseudo-druzyn. Takie jedno mistrzostwo ich byloby wiecej warte niz wszystkie inne tych gwiazdorków. Są na szczęście jeszcze druzyny z jajem jak np Dallas, Spurs

Cikos
Gość

Moze pierwszy raz napisze o dobrej stronie dzisiejszej NBA.Jak tak patrze na mojego syna,to on tak samo chlonie NBA,jak ja bedac w jego wieku ogladajac tamta NBA…..tylko on ma teraz wiecej mozliwosci….szczesciarz 😉 Jemu sie to podoba.A najlepsze jest to,ze jak zaczyna mi pokazywac jakiegos grajka,ktory robi jakies dunki,albo fajne akcje,to mu mowie: czekaj czekaj…. i pyk,pokazuje mu Geralda Greena,Cartera…..i mowie: oni robili niezle paki.Albo Shaqa lamiacego tablice itp.itd.,nie wspiminajac o Jordanie a on na to: niezle wtedy bylo 🙂

kuku
Gość

kogo to obchodzi co robisz z synem

Tomasz
Gość

a kogo obchodzi twój głupi komentarz,
pozdro cikos

Andre
Gość

Problem w tym, że dzisiejsza liga jest ciekawa głównie dla dzieci: bieganie, kroki, super wsady, kroki, setki rzutów za 3, znowu kroki, bieganie po autach … Mnie ta liga już przestaje kręcić, poważnie, wolę pooglądać ME, MŚ, algo jakieś mecze z Europy.
Szkoda, bo koszykarze mają teraz większe możliwości niż kiedyś, niestety grę wykastrowano z zaciętości i pozbawiono ją całego “męskiego pierwiastka” … Innymi słowy, wracamy do setna, idealny produkt dla dzieci i młodzieży, bez przekleństw, bez przemocy i bez jaj …

GSW ciency jak Barszcz
Gość
a pamietacie nba skroty I najlepsze urywki z meczu w tvp 2 chyba to bylo o ile pamietam, zawsze sie cieszylem jakby to byly swieta bo to byla jedyna okazja wtedy zeby obejrzec legendy w akcji…. dzis patrzysz na recap na stronce nba i te akcje dnia czasami sa takie niemrawe, az sztuczne chcialoby sie rzec, a wtedy emocje byly jakbys to widzial na zywo, jak dla mnie ostatnie klasyczne finaly nba to Spurs vs Pistons I potem jeszcze big three z bostonu vs lakersi bryanta, po tych finalach juz byla kicha… pamietam nawet ostatni mecz boston vs lakers gdzie… Czytaj więcej »
kuku
Gość

kiedys byly super mecze. Sam zarywalem noce aby ogladac finaly Houston vs Knicks. Super walka i niemoc King Konga.

Dzis niestety poza Le bronem nie ma twardzieli. Sa tylko jakies wydmuszki dziewczynki-curry i drewniaki.

Andre
Gość

Z LeBronem to rozbawiłeś wszystkich

Forto
Gość

NBA oglądam od czasów Thomasa z Detroit.Przez te lata kibicował en jemu, Shaqowi i teraz Jamesowi. Nie zgodzę się że teraz NBA jest gorsze. Po prostu NBA ewoluowała. To teraz liga globalna, w ktòrej dolary są nieograniczone. Sama gra też się zmieniła. Jest zdecydowanie szybsza. Kerr policzył że 3 jest więcej niż 2 i zmienił NBA. Zawodnicy dużo biegają. Ja osobiście niezmiennie “jaram” się obecną NBA tak jak kiedyś. A 7 mecz finałowy i postawa Jamesa jest dla mnie tak samo fantastyczne jak Detroit z Thomasem i Lakers z Shaqiem.

Andre
Gość
Miałem ten mecz nagrany w nocy i oglądałem po powrocie do domu z pracy – takie “live” dla pracujących. Nie było komórek z wynikami, nie było 20 stron w necie, które nas atakują wynikami, więc spokojnie wytrzymałem z niewiedzą do wieczora. Pamiętam te emocje i wypieki na twarzy i pamiętam ten rzut za 3 Harpera na koniec Q3, który dawał nadzieję na odrobienie strat. Blazers powinni byli wtedy to wygrać, w finale zjedliby Indianę nawet 4:0. Największą ich siłą były praktycznie 2 równe piątki, Pippen, Wallace, a jako zmiennicy, stary ale jary Detlef Schrempf i napakowany Brian Grant, którzy grali… Czytaj więcej »
oscar
Gość

Ja też pamiętam Jordana. Hej hej tu nba. Finały nocami i niedzielne poranki gdy Szaranowicz komentował mecze. Potem u niemców na kanale sat1 i dsf. Jak skończył MJ do nikogo nie było mi tak blisko.
A mi to szkoda Sacramento… To też był niesamowity skład: white chocolate, Webber, Peja za 3, Divac, Doug Christie.
Dużo jest materiału w necie nt. kontrowersyjnych decyzji sędziów ( to chyba był rok gdy lakersi szli po 3 mistrzostwo)

oscar
Gość

Nie wiem jak tu edytować posta. Sprawdziłem teraz : Mikke Bibby był tym co mi sie tak wtedy podobała jego gra nie czekolada. Czekolada chyba chwilę później grał (może i lepiej od Bibbyego)

Andre
Gość

Najpierw wybrali w drafcie Jasona i on grał tam kilka sezonów, w 2000 roku grali z 8 miejsca i już napędzili strachu LAL, ale potem go wymienili na Bibbyego i z nim mieli znacznie lepsze sezony.
Przy okazji Jason Williams był pierwszym typem, którego widziałem, gdzie w kontrze 1 na 1 albo 2 na 2 odpalał szybkie trójki … a ponieważ Currym nie był, to wiadom, średnio ze skutecznością. Ale show robił.

wpDiscuz