Sezon ogórkowy w pełni, od finałowego spotkania minęło już sporo czasu. Jednak cofnijmy się jeszcze do tego wydarzenia i krótkiej pomeczowej rozmowy z Michałem Ignerskim. Z Anwilem związał się dość niespodziewanie w trakcie sezonu i stał się bardzo ważnym ogniwem w układance Igora Milicicia. Decydujące o Mistrzostwie chwile musiał przeżywać będąc kontuzjowanym z ławki. W sezonie 2018/2019 rozegrał 16 spotkań średnio grając po 18,5min, notując 8,2 punktów, 2,7 zbiórek oraz 1,3 asyst.


Marcin Rutkowski: Wrócił Pan do koszykówki po Mistrzostwo?

Michał Ignerski: Wróciłem do koszykówki, do tych emocji które chciałem przeżywać z tymi fantastycznymi kibicami. Chciałem poczuć tę atmosferę na nowo. Stęskniłem się za tym mocno. Byłem ciekawy, jak to będzie przebiegało, chciałem się odbudować. Mistrzostwo faktycznie było gdzieś tam na celowniku, bo zawsze wychodzę na parkiet, żeby zwyciężać i marzenie się po prostu spełniło. Jednak to nie było takim celem celów. Przede wszystkim chciałem pomóc zespołowi w największym stopniu i nawet przez chwilę nie poczułem, że ja nie pomagam tak samo jak drużyna pomaga mi w tych ciężkich chwilach. Tak samo pomagaliśmy sobie w tych gorszych momentach po przegranych meczach. Wyciągaliśmy razem wniosku, wspomagaliśmy się nawzajem i to stworzyło fantastyczną złotą drużynę.

Zarówno Pana jak i praktycznie całą drużynę ten sezon kosztował wiele zdrowia.

Taki jest sport. Tak się kończy ciężka walka, ale jak widać, to tylko nas nakręcało do jeszcze cięższej pracy i do większej determinacji, żeby zrobić to dla kumpla z zespołu i to było widać w każdym z tych spotkań. Od początku im więcej było dla nas przeszkód, tym lepiej żeśmy sobie radzili.

Można było pomyśleć, że musicie mieć nóż na gardle, żeby dopiero się rozpędzić.

Taki charakter tego zespoły. Wydaje mi się, że nie na darmo jesteśmy Rottweilerami. Ten zespół przypomina mi taki właśnie wściekłego psa, którego nie można drażnić.

Toruń, Marcin Rutkowski

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o