Są takie momenty w sporcie, które przechodzą do historii. Ten moment nie zadecydował o tytule mistrzowskim, chociaż dał zwycięstwo. Im więcej czasu od niego mija tym bardziej jestem pewien – to był ten moment, w którym narodził się Michael Jordan. Ten Michael Jordan – nieosiągalny dla innych sportowców, grający w swojej lidze, na swoim zupełnie wyjątkowym poziomie. Od legendarnego „The Shot” minęło 29 lat – pisze Krzysztof Sendecki.

Wpis pochodzi z Bloga Krzysztofa Sendeckiego

Był 7 maja 1989 roku. Michael Jordan był już gwiazdą NBA, grał widowiskowo i rzucał mnóstwo punktów. Miał na koncie tytuł MVP Meczu Gwiazd, dwa wygrane konkursy wsadów, trzy razy z rzędu był królem strzelców. Rok wcześniej został nawet uznany najlepszym koszykarzem sezonu zasadniczego – po raz pierwszy w karierze. Zgarnął też nagrodę dla najlepszego defensora ligi. Nie miał jednej, ale najważniejszej rzeczy – pierścienia mistrzowskiego. Co więcej, odkąd 5 lat wcześniej trafił do Chicago Bulls – koszykarze „Byków” tylko raz przebrnęli I rundę play-offs. Tej wiosny znów byli blisko porażki. Naprzeciw MJ-a i spółki stanęli Cleveland Cavaliers. Ron Harper, Mark Price, Brad Daugherty, Larry Nance pod ręką słynnego trenera Lenny’ego Wilkensa (jego 1332 zwycięstwa odniesione podczas kariery w NBA to wciąż drugi wynik w historii) byli jednymi z kandydatów do mistrzostwa. W sezonie zasadniczym wygrali 57 meczów, przegrali tylko 25. Bulls mieli o 10 porażek więcej. Mimo to meczu numer 5 mogło nie być, bo Chicago w pierwszym spotkaniu skradło rywalom przewagę parkietu. Jednak 5 maja zamiast wygrać u siebie i zamknąć serię wynikiem 3:1 (wtedy jeszcze w I rundzie grało się do 3-ech wygranych) Bulls dali się pokonać po dogrywce. Mimo że Jordan zdobył 50 punktów!

Ekipa prowadzona wtedy jeszcze przed Douga Collinsa (od sezonu 89/90 zastąpi go Phil Jackson) musiała zatem ponownie stawić się w starej Richfield Coliseum. Ponad 20 tysięcy kibiców było sporym atutem gospodarzy. Tak jak gra Harpera, Nance’a i Price’a oraz rezerwowego Craiga Ehlo. Ten chłopak z Teksasu został wybrany dopiero w trzeciej rundzie draftu. Ale przez 6 lat gry w NBA zapracował na miano specjalisty od obrony. Dwa dni wcześniej, w dramatycznym meczu w Chicago rozegrał tylko 17 minut, zdobył tylko punkt. Tym razem szaleje jednak nie tylko w obronie ale i w ataku, trafia 9 z 15 rzutów, w całym spotkaniu uzbiera 24 punkty. Mimo to Cavs nie mogą odskoczyć na więcej niż kilka oczek. W czwartej kwarcie goście odrabiają straty. Jordan znów jest nie do zatrzymania. Wieczór skończy z 44 punktami na koncie. Na minutę przed końcem Ehlo po raz czwarty w tym meczu trafia za 3 punkty. Cavs prowadzą 98:97. Przez kolejnych 40 sekund wynik się nie zmienia, aż w końcu jakby nigdy nic Jordan mija Ehlo i trafia z półdystansu. Byki na prowadzeniu 99:98. 6 sekund do końca!
Po krótkiej przerwie Ehlo wyrzuca piłkę z autu, ta po chwili do niego wraca, rozpędzony gracz CAVS wbija się pod kosz. Trafia! Gospodarze znów prowadzą! Są 3 sekundy od upragnionego awansu. Ehlo jest bohaterem, 20 tysięcy kibiców wrzeszczy i szaleje z radości.

W ostatniej akcji meczu Ehlo kryje Jordana. Nie odpuszcza lidera Bulls nawet na milimetr, kibice krzyczą DE-FEN-CE ale Jordan wreszcie ucieka, dostaje piłkę, mija Ehlo, i wybija się mniej więcej z linii rzutów wolnych, wysoko w górę. Ehlo też skacze, tuż przed MJ-em, z ręką wyciągnięta wysoko, milimetry dzielą go od zablokowania tego rzutu. Ale Ehlo, zgodnie z prawami fizyki, zaczyna opadać. A Jordan jakby zawisł w powietrzu. Do ostatniego momentu zwleka z oddaniem rzutu. Wreszcie piłka odrywa się od jego ręki. 3..2..1 wpada do kosza. Syrena oznaczająca koniec meczu wyje wniebogłosy. 20 tysięcy kibiców milknie. Jordan skacze z radości. Doug Collins wbiega na parkiet z rękami uniesionymi do nieba. Chicago Bulls wygrywają w niesamowitych okolicznościach!

„Wystawiłem na próbę moją wiarygodność i sprawdziłem się. Przed chłopakami i przed samym sobą” – mówi dziennikarzom zaraz po meczu Michael Jordan. I dodaje: “nie widziałem jak piłka wpada do kosza, ale od razu wiedziałem po reakcji publiczności. Cisza. Czyli trafiłem.”

„On tym zagraniem zdewastował te 20 tysięcy kibiców w moim mieście” – powiedział po latach wychowany w pobliskim Akron LeBron James i dodał „znienawidzili go za to.”

Komentarz nieżyjących już Jima Durhama i Johnny’ego Kerra przejdzie do historii. Powtórka tej akcji przez kolejnych 28 lat zostanie pokazana w telewizjach na całym świecie i odtworzona w internecie miliony razy. Ten rzut Amerykanie nazwali po prostu „The Shot”. Wtedy, ćwierć wieku temu, była to niesamowita akcja dająca zwycięstwo i awans do II rundy. Dziś wiemy, że był to też pierwszy z wielu wielkich “buzzer-beaterów” Michaela Jordana w play-offs. Tak! Miał już mecz w którym jego rzut decydował o mistrzostwie. Ale to było jeszcze w College’u, w barwach North Carolina. W NBA, to od “The Shot” wszystko się zaczęło. Dwa lata później Michael Jordan zdobył pierwszy z sześciu tytułów mistrzowskich. Przez kolejne lata upokarzał kolejnych rywali. Tam, w nieistniejącej już hali w Richfield narodziła się wielka drużyna Chicago Bulls. Tam też przegrała drużyna Cavaliers, która nigdy nie osiągnęła sukcesu jaki jej wróżono. I tylko Craiga Ehlo trochę szkoda. Bo niezależnie od tego ile osiągnął w swojej karierze – na zawsze zostanie zapamiętany jako ten, który nie upilnował Michaela Jordana w ostatniej akcji, w słynnym meczu w Cleveland. A przecież nikt nie był w stanie Go upilnować.

Wpis pochodzi z Bloga Krzysztofa Sendeckiego

23
Dodaj komentarz

avatar
9 Comment threads
14 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
14 Comment authors
kmnKtośMariuszOpojErbest Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
G23
Gość
G23

GOAT

Żabie oko
Gość
Żabie oko

Był pozniej jeszcze „the shot II”. Piękny rzut nad Gerardem ale juz w mniej dramatycznych warunkach. Ponoć Gerard przed ostatnia akcja powiedział do Ehlo „ nie pozwolę zeby zrobił to co Tobie” reszta to historia. The shot III.

Jacek
Gość
Jacek

Gerald Wilkins,nie Gerard.

Igi
Gość
Igi

Największy z największych! Kwintesencja koszykówki!

Igi
Gość
Igi

Fani Cleveland wtedy go znienawidzili i tak im już zostało 🙂

Cikos
Gość
Cikos

Szacun na tekst i niezapomniane wspomnienia z mlodosci…..

kmn
Gość
kmn

ten rzut to było szaleństwo. największy rzut w historii. dramaturgia na maxa.
mam ten meczyk na “cd”

Grzegorz Es
Gość
Grzegorz Es

Może i to był moment w którym pierwszy raz zobaczyliśmy Jordana killera, ale to sweep Bad Boys i dorośnięcie Pippena do roli Robina, było najważniejszym momentem dla dynastii Bulls.

Mariusz
Gość
Mariusz

Pewnie że był Wielki ale najlepszy największy itp był Wilt “Szczudło” statystykami miażdży wszystkich w NBA takich zawodników już we współczesnej Koszykówce nie będzie. Pozdrawiam.

Mariusz
Gość
Mariusz

Indywidualnosci zawsze są mile widziane jednak w obecnym baskecie sukcesy są bardziej drużynowe bez jednego nie ma drugiego itp.W całej dyskusji na temat MJ śmieszy mnie to że wszyscy patrzą przez pryzmat lat 90 bo wtedy my kibice pierwszy raz oglądaliśmy basket na kolorowych TV itp marketing MJ jest na super poziomie jak i on sam prezentował na parkiecie,jednak nie zapominajmy że byli od niego lepsi w latach kiedy nie byliśmy jeszcze w planach 🙂 wystarczy poszukać poczytać prześledzić stare dzieje NBA i można nie jeden raz przetrzeć oczy ze zdumienia.

kmn
Gość
kmn

Mariusz, jacy kur..na lepsi? jacy? że nastrzelał w meczach o pietruszkę? że nazbierał przy dwie głowy niższych? no fakt,że był wybrykiem natury i we wielu dyscyplinach byłby świetnym sportowcem. natomiast nie zgadzam się na stawianie wilta ponad MJ. powiedz mi ile razy wilt wygrał ligę? ile razy pokonał go bill? jeśli mówimy o absolutnie najlepszym, to bierzmy pod uwagę najważniejsze mecze sezonu. mógłbym się czepić każdego Twojego zdania. basket zespołowy/drużynowy zawsze był ponad indywidualnymi rekordami. nie tylko teraz. i niech właśnie wilt (a właściwie jego kat,russell) będzie tego największym dowodem. dalej, celtowie czy lakersi (bird,magic), przeca to kompletne zespoły,a nie… Czytaj więcej »

Mariusz
Gość
Mariusz

A mnie śmieszy to co wy niektórzy piszecie jeśli ktoś mi pisze mniej więcej to że Wilt robił takie rzeczy w meczach o pietruszkę to dlaczego MJ tego nie robił pytam. Ocenić kto jest lub kto był najlepszy niestety nie da się, każdy z nich był wyjątkowy każdy grał w zupełnie innych epokach na innych pozycjach itp.I to by było na tyle. Zaraz i tak będzie Mariusz nie znasz się był tylko MJ itp. Ja powiem byli jeszcze inni i to są fakty a nie mity. Generalnie I live this game panowie wzorujemy się na dobrych ludziach miłej nocy 😉

kmn
Gość
kmn

jeśli bawimy się w goat,to dla mnie oczywiste jest,że rozpatrujemy najważniejsze trofea i odgrywaną w nich rolę. wilt dominował regular sezony. playoff mogę powiedzieć,że również,ale finały już nie.a przecież chodzi o dominację do samego końca.po tym przecież poznaje się prawdziwych facetów 🙂 majkel był najważniejszą postacią nie tylko zabawy regular season. był najlepszym strzelcem RS aż 10-krotnie. był mvp finals za każdym razem. nigdy nie pękł w finałach. nie dał się pokonać. doskonale wiedział co to jest DRUŻYNA. odszedł niepokonany. ech temat rzeka. pozdrawiam

amares
Gość
amares

To że ktoś robił kosmiczny stat-line w czasach jak koszykówka raczkowała to nie znaczy, że jest lepszy. Jeżeli już to James najbardziej zasługuje by go uznać za GOAT, ale Wilt akurat strasznie nabijał staty i jak się dokładnie prześledzi historie to jego cyferki nie robią już takiego wrażenia.

Ktoś
Gość
Ktoś

Dlaczego nie byłoby rywalizacji? Mimo tak ogromnej dominacji indywidualnej Wilt zdobył “tylko” dwa tytuły (i to w sezonach kiedy nie miał już tak kosmicznych statystyk punktowych).

Erbest
Gość
Erbest

Wilt miażdży? A konkretnie jakimi statystykami poza zbiórkami? Bo rzeczywiście piłki zgarniał niemożliwie. Ale reszta już nie jest tak wybitna. Żeby nie być gołosłownym, statystyki z całej kariery: Punkty na mecz: Wilt 30.1, MJ 30.1 (licząc razem z Wizards dla Jordana) Asysty: Wilt 4.4, MJ 5.3 Przechwytów i bloków porównywać się nie da, bo w okresie gry Wilta ich nie rejestrowano. Za to ciekawie się robi w playoffach: Punkty na mecz: Wilt 22.5, MJ 33.4 Asysty: Wilt 4.2, MJ 5.7 Plus nagrody indywidualne: MVP sezonu – Wilt 4, MJ 5 MVP finałów – Wilt 1, MJ 6 DPOY: Wilt 0,… Czytaj więcej »

Ktoś
Gość
Ktoś

30,1 pkt/mecz w przekroju całej kariery to nie jest “tak wybitna statystyka”? Z resztą nie udawaj, że nie wiesz o co chodzi. Średnia 50 pkt w sezonie 100 pkt w meczu to są rekordy do których raczej nikt się nie zbliży. Te ponad 4 asysty w przekroju całej kariery to też sporo jak na centra (szczególnie w tamtych czasach) A zbiórki to już po prostu liczby z kosmosu, tak wiem, że to inne realia, ale mimo wszystko te liczby robią wrażenie. Tak jak nie ma co robić z Wilta GOATa, bo byli gracze, którzy osiągnęli więcej w przeciągu swojej kariery,… Czytaj więcej »

Erbest
Gość
Erbest

Zależy od punktu odniesienia. Dla mnie subiektywnie 100 punktów w meczu jest łatwiejsze do osiągnięcia, niż 63 punkty w playoffach. Poza tym dalej nie określiłeś się, jak to Wilt miażdżył statystykami, skoro w playoffach wypadał słabiutko, a średnią PPG z całej kariery ma niższą np. od Jordana, licząc w tym jordanowskie zabawy w Wizards, które mu sporo zaniżają staty. Tak samo zbiórki – owszem, Wilt jest liderem wszechczasów pod względem zbiórek na mecz, ale drugi na liście Russell ustępuje mu tylko o 0.1 zbiórki. A może weźmiemy pod uwagę PER? W historii NBA tylko 11 graczy miało sezon regularny z… Czytaj więcej »

Ktoś
Gość
Ktoś

A kto tu się podnieca? Nie wiem czemu cały czas odnosisz się do Jordana, nigdzie nawet o nim nie wspomniałem. Subiektywnie można wszystko napisać, ja też uważam, że statystyki nie są najważniejszą miarą wielkości zawodnika, ale obiektywnie skoro 100 pkt jest “łatwiejsze do osiągnięcia” to proszę wytłumacz mi dlaczego w ponad 70dziesięciletnie historii NBA nikt nawet nie zbliżył się do takiego wyniku? Dwa: nie jeden sezon, bo już w debiutanckim sezonie miał 37 ppg, a prócz sezonu z 50 p/m miał sezon 44 p/m. Średnia z kariery jest już mniejsza (choć i tak wybitna), bo w późniejszym etapie kariery grał… Czytaj więcej »

cormac
Gość
cormac

i to jest właśnie kwintesencja game winnera. Decydujący rzut przy prowadzeniu przeciwnika w obcej hali w decydującym meczu. Jest różnica do game winnerów Brona? oczywiście szacun dla Jamesa ale zluzujmy kalesony bo jego ostatnie wyczyny a ten opisywany wyczyn MJ-a to niebo i ziemia

Opoj
Gość
Opoj

Oczywiście fajnie ogląda się takie momenty, ale to już historia i się nie wróci. Pora sobie odpowiedzieć na pytanie gdzie patrzymy i czego oczekujemy.

Z Waszych komentarzy wynika że MJ był GOAT i drugiego nie będzie, teraz same płączki, maminsynki, rzuty za 3, NBA zeszła na psy, nie ma twardej walki, …. To chyba pora zmieniać dyscyplinę albo już emerytura.

Do redakcji: proponuję jako główny temat FIBA i PLK, z NBA już więcej nie wyciśniemy. Sorry, taki mamy klimat 😉

Mariusz
Gość
Mariusz

Faktycznie obecna NBA stała się bardzo kobieca i to mówią nawet sami gracze obecni jak i ci z dawnych lat. Teraz nie możesz dotknąć nikogo bo faul za faulem nawet ostatnio czytałem że niektórzy gracze chcieli by aby ograniczyć zasłony bo można zrobić sobie krzywdę,na to K.Malone odpowiedział że można przezucic się na szachy. Ale to też jak w życiu każdy może mieć na ten temat inne zdanie,ale kiedyś było bardziej kontaktowo.