Korea Północna chce rozmawiać ze swoim sąsiadem z Południa, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Reżimowy przywódca Kim Dzong Un wydał polecenie otwarcia granicy w Panmundżonie w Strefie Zdemilitaryzowanej na linii demarkacyjnej pomiędzy oboma krajami. Dialog dotyczy między innymi udziału Koreańczyków z Północy w zbliżających się Zimowych Igrzyskach Olimpijskich.

„Bo sport łączy, a nie dzieli” – można sobie pomyśleć. Dyscyplina, której oczywiście nie ma w programie zimowych igrzysk, czyli koszykówka, jednak w pewien sposób podzieliła zwaśnione kraje. Zawodnik z Południa trafił w przeszłości do NBA, a jeden gracz zza miedzy był „tylko” bardzo blisko osiągnięcia tego celu.

Zacznijmy od tego koszykarza, któremu udało się częściowo zrealizować „american dream”. Częściowo, bo urodzony w Seulu Ha Seung-Jin w żadnym razie nie był graczem wybitnym i nie zagrzał na długo miejsca w najlepszej lidze świata, ale i tak zapisał się na stałe w historii. Był pierwszym i jak do tej pory jedynym Koreańczykiem, który dostał szansę w NBA – a dokładnie w Portland Trail Blazers.

Ha był synem byłego reprezentanta kraju Dong Ki, więc miłość do „pomarańczowej” odziedziczył w genach. Warunki fizyczne również miał imponujące, bo mierzył aż 220 centymetrów wzrostu. Pierwsze sukcesy święcił w Samil Commercial High School w Korei Południowej, gdzie zdobył cztery tytuły mistrzowskie. Co zaskakujące, potem nie trafił do college’u. W ostatnim roku nauki w szkole średniej skorzystał z zasady, która pozwalała przyszłym pierwszoroczniakom grać w uniwersyteckiej reprezentacji. W 7 meczach w drużynie Yonsei University koszykarz notował średnio ponad 12 punktów i ponad 8 zbiórek – wydatnie pomógł kolegom wywalczyć mistrzowskie trofeum.

Razem ze swoim przedstawicielem udał się do Stanów Zjednoczonych. Pierwszy pokazowy sprawdzian w Chicago nie wypadł zbyt dobrze, ale późniejszy trening w Los Angeles przyniósł efekty. Jason Filippi, który w 2004 roku pracował jako międzynarodowy skaut w Sacramento Kings (jeszcze we wrześniu tego samego roku zaakceptował identyczną posadę w Portland), mówił o gigancie, że jest atletycznie zbudowany, ale szybko się męczy. Miał w sobie sporo potencjału, ale jego zdaniem powinien trafić do ligi co najwyżej jako wybór w końcówce drugiej rundy draftu. Ekspercki nos wyczuł co się święci – 18-latek został wybrany przez „Rip City” z 46. numerem.

Na debiut musiał trochę poczekać. Pierwsze szlify łapał w American Basketball Association w barwach Portland Reign. 27 grudnia 2004 roku podpisał kontrakt z Portland Trail Blazers i oficjalnie stał się pierwszym Koreańczykiem w NBA. Zanim jednak pojawił się na parkiecie trafił na listę kontuzjowanych. Czekał cierpliwie do 5 stycznia 2005 roku – wtedy zespół z ówczesnej Rose Garden Arena podejmował Miami Heat. „Żary” wygrały co prawda 103:92, ale Ha wszedł na parkiet na minutę.

Zgodnie z informacjami z Basketball Reference, w ciągu dwóch lat spędzonych w NBA Azjata rozegrał 46 meczów. Swój najlepszy występ zaliczył 20 kwietnia 2004 roku w wygranym 106:103 meczu z Los Angeles Lakers. Koreański gigant po raz pierwszy i ostatni przekroczył barierę 10 punktów – zdobył ich 13, a do tego dołożył jeszcze 5 zbiórek. Do 2006 roku grał dla Portland Trail Blazers. Jego średnie z tamtego okresu nie powalały na kolana – 1.5 punktu i 1.5 zbiórki.

[ot-video][/ot-video]

W lecie razem ze Stevem Blake’em i Brianem Skinnerem zmienił pracodawcę (w drugą stronę powędrował były uczestnik All-Star Game w 2004 roku środkowy Jamaal Magloire) i przeniósł się do Milwaukee Bucks. Leczył kontuzję lewego kolana (uszkodzone więzadło poboczne piszczelowe) i zaprezentował się tylko w jednym spotkaniu przedsezonowym (przegranym 76:101 pojedynku z Minnesota Timberwolves – w ciągu 18 minut rzucił 4 punkty, miał 3 zbiórki i 2 asysty). Pojawił się nawet w koszulce drużyny podczas październikowego spotkania z mediami, ale jeszcze w tym samym miesiącu klub zrezygnował z jego usług.

Ha Seung-Jin zapisał się w annałach ligi NBA i koszykówki. Inny zawodnik z Półwyspu Koreańskiego nie miał już tyle szczęścia, bo na jego drodze stanęła polityka. W 1998 roku do gry za oceanem był przymierzany prawdziwy olbrzym, bo mierzący 235 centymetrów, Ri Myung Hun – Koreańczyk z Północy. Gdyby mu się udało, to Ha Seung-Jin prawdopodobnie zaginąłby w odmętach sportowej historii.

Na pierwszy rzut oka widać, że byłby najwyższym koszykarzem w całej stawce – Manute BolGheorghe Muresan mierzyli po 231 centymetrów. Mógłby wsadzać piłkę do kosza nie odrywając się od ziemi. Problem leżał jednak na najwyższych szczeblach władzy w USA i Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej. Oba kraje nie utrzymywały stosunków dyplomatycznych – były wobec siebie wrogo nastawione. Dodatkowo, w Stanach Zjednoczonych ciągle obowiązuje, tak zwany, Akt Handlowania z Wrogiem (Trading with the Enemy Act) z 1917 roku, który zakazuje utrzymywania jakichkolwiek kontaktów handlowych z nieprzyjaznymi państwami. Na straży przestrzegania zaleceń tego dokumentu stanął Departament Stanu. Co ciekawe, sama NBA i Departament Handlu USA wyraziły zgodę na przyjazd Koreańczyka z Północy.

– Myślałem, że jeśli będę grał w NBA, to stosunki między moim krajem a Stanami Zjednoczonymi się ocieplą. – mówił Ri korespondentowi CNN Mike’owi Chinoy’owi. – Moje wysiłki miały jednak dokładnie odwrotny efekt.

[ot-video][/ot-video]

Wyrwanie olbrzyma z Półwyspu Koreańskiego okazało się być nie lada wyzwaniem. Podjął się go Tony Ronzone, który był skautem Dallas Mavericks, ale do Korei poleciał z ramienia FIBA. Prowadził szkolenia dla tamtejszych trenerów. Za pierwszym podejściem wylądował w Chinach, gdzie miała na niego czekać koreańska delegacja. Skończyło się jednak na kilkugodzinnym pobycie na lotnisku i powrocie do domu. Kolejna próba kilka miesięcy później okazała się skuteczna. W sumie był tam trzy razy.

Ronzone mieszkał w hotelu w Pjongjangu i codziennie przez tydzień dojeżdżał do hali, która mogła pomieścić nawet 12 tysięcy osób. Czekało na niego kilkuset trenerów oraz szczelnie wypełnione trybuny. Podobno podczas jednego z takich wykładów obserwował go sam przywódca Korei Północnej Kim Dzong Il. Z relacji skauta Mavs wynikało, że wódz był fanem koszykówki. Być może stąd wzięło się zamiłowanie jego syna – Kim Dzong Una – do tego sportu. Najważniejsze było to, że Wielkiemu Wodzowi spodobało się to, co zobaczył i pozwolił Ri szukać szczęścia zagranicą. Przystanek – Kanada.

29-latek wylądował w Kraju Klonowego Liścia razem z dyplomatą i osobistym ochroniarzem. Zmienił też swoje imię na bardziej przystające do nowego środowiska – Michael Ri – na cześć Michaela Jordana, ulubionego koszykarza jego oraz Wielkiego Wodza. Współcześni marketingowcy powiedzieliby, że olbrzym był świetnym ambasadorem swojego kraju.

– Michael mógłby grać w NBA – przekonywał w rozmowie z dziennikiem San Diego Union Tribune Michael Coyne, prawnik z Cleveland, który pomagał Ri w kontaktach z USA. – Uważam, że Koreańczycy chcieli użyć NBA jako machiny marketingowej, żeby pokazać, że są normalnymi ludźmi i to by zdało egzamin, bo Michael nadawał się do tego zadania idealnie. Miał świetne podejście, charyzmę i ciężko pracował.

Sam zawodnik podkreślał, że nie interesuje go polityka ani nawet pieniądze. Jako sportowiec chciał się po prostu sprawdzić na tle innych koszykarzy. Wiadomo, że ogromną wagę przywiązywał do ćwiczenia podstaw gry i dysponował dobrym rzutem z dystansu.

Departament Stanu zwlekał ze swoją decyzją sześć miesięcy, a i tak nie zgodził się na przyjazd Azjaty. Zdanie zmienił dopiero w 2000 roku, ale wtedy było już za późno. Kością niezgody miały być sprawy finansowe. Amerykanie postawili warunek – to, co zawodnik zarobi na grze w koszykówkę, nie może trafić do Korei Północnej. Urażona została duma Ri oraz przede wszystkim Kim Dzong Ila, a tym samym całego narodu. Nie trzeba nikogo przekonywać, że to nie zadziałało na korzyść i tak już mocno wyziębionych wzajemnych stosunków obu krajów.

Koreańczyk z Północy nie odczuwał potrzeby zrywania więzów z rodzinnymi stronami i nie poprosił o azyl w USA – raz, że mogłoby to się skończyć tragicznie dla jego rodziny (miał żonę i syna), a dwa, że był tam swego rodzaju celebrytą. Jego wyjazd zagranicę wzbudził zainteresowanie rodaków, stał się rozpoznawalną osobą i bohaterem narodowym. Oprócz gry w koszykówkę Ri wstąpił także do armii. W grudniu 2011 roku zmarł Wielki Przywódca Kim Dzong Il. Naród północnokoreański okrył się żałobą i zorganizował uroczystą ceremonię pogrzebową. Zdjęcia wykonane tego dnia ujrzały światło dzienne jeszcze w tym samym miesiącu. Na jednym z nich widać stojących w szeregach żołnierzy, którzy towarzyszą wodzowi w jego ostatniej podróży. Jeśli uważnie przyjrzymy się fotografii, to dostrzeżemy stojącego tyłem olbrzyma. Niektórzy kwestionowali wiarygodność zdjęcia wykonanego przez Koreańską Centralną Agencję Prasową (KCNA), ale okazało się ono prawdziwe. To prawdopodobnie niedoszły najwyższy gracz w historii NBA – Ri Myung Hun.

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
FatShoowar Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Shoowar
Gość
Shoowar

Fajny artykuł. Więcej takich historyjek proszę 🙂

Fat
Gość
Fat

Wow, ciekawa historia.